Widmowa polityka

Widmowa polityka

Donald Tusk popierał, a w końcu prawie wymusił wprowadzenie Lecha Wałęsy do unijnej „grupy refleksji”, która miała się składać z osób – polityków i ekspertów – posiadających kwalifikacje do rozważania najważniejszych problemów, przed jakimi stoi lub będzie stała Unia Europejska.
Wałęsa jest interesującą osobowością, ale nie jest człowiekiem, z którym ktoś chciałby albo mógł się naradzać. Nie jest on ciekawy merytorycznej treści cudzych poglądów i bierze je przeważnie pod kątem, „co się za nimi kryje”. Mało wie i w przeciwieństwie, na przykład, do Leppera niechętnie i z trudem czegoś nowego się uczy. Ze swojej ignorancji albo nie zdaje sobie sprawy, albo ma nadzieję, że potrafi ją ukryć. Można by na to wszystko przymknąć oko, gdyby przy tym nie był karykaturalnie chełpliwy i tą wadą nie uwypuklał innych swoich wad. Powiada, że Felipe González (jeden z najinteligentniejszych polityków w Europie) nie chce go w owej radzie mędrców, ponieważ boi się, że sobie z nim „nie poradzi”; że Wałęsa go zdominuje. I rzeczywiście ta rada może sobie z Wałęsą nie poradzić. Swoimi naiwnymi, ale z wielkim aplombem wygłaszanymi opiniami może sprowadzić obrady na taki poziom, że wszystkim ręce opadną. Nie tylko w gronie „mędrców” czy ekspertów sama obecność kogoś mało rozumiejącego jest dla pozostałych deprymująca. Podobno Witkacy dla kawału przyprowadził kiedyś do stolika dyskutujących profesorów jakiegoś górala, a sam się oddalił, żeby z boku bawić się widokiem zakłopotanych min krakowskich uczonych. Premier Tusk taki kawał zrobił brukselskiej „grupie refleksji”. Nie o to mu jednak chodziło. Ma za mało poczucia humoru, żeby stroić żarty. Chciał on wynagrodzić Wałęsę za poparcie, jakiego ten mu udzielił, zagrać na nosie braciom Kaczyńskim i uszczęśliwić „radę mędrców” znanym nazwiskiem. Wszystkie te powody są niemerytoryczne. Tusk w ogóle praktykuje politykę pozorów albo dokonuje realnych czynów pod wpływem pozorów. Gdzie trzeba argumentować, uprawia grę słów. Uważa się za przebiegłego mówcę, który przekręcaniem znaczenia wyrazów potrafi zapędzić w kozi róg każdego przeciwnika, jak prawie zapędził przed wyborami jednego z bliźniaków. (Najnowszy przykład jego pożal się Boże retoryki: chorzy są słabi, SLD mieni się partią słabych, a więc powinna opowiedzieć się za komercjalizacją szpitali, bo szpitale służą chorym…).
Z Tuskiem niekiedy jeszcze trudniej sobie poradzić niż Gonzálezowi z Wałęsą. Odzywa się on od czasu do czasu z jakąś polityką miłości, ale w jego niektórych czynach brakuje najzwyczajniejszego realizmu moralnego. Nie wiem dokładnie, w czyjej głowie wylągł się łajdacki pomysł odebrania generałowi Jaruzelskiemu i jego współpracownikom prawnie im przyznanych emerytur; jedna z gazet napisała, że był to pomysł samego Tuska, co jest więcej niż prawdopodobne. Z jakich przesłanek wynikają tego rodzaju gałgańskie projekty? Z politycznej drętwej mowy; ze sloganów o „totalitarnym zniewoleniu narodu polskiego”, o „zbrodniczym reżymie”, który tysiącami mordował polskich patriotów, i z całej tej dzisiejszej liturgii antykomunistycznej drętwej mowy, która stanowi przewrotną imitację ideologii panującej w poprzednim ustroju. Rządzą nami ludzie tkwiący mózgowo w fikcjach politycznego języka.
Wprowadzenie Wałęsy do jakiejś rady – w Unii Europejskiej mamy tysiące rad – samo przez się nie ma większego znaczenia, ciekawe jest przez to, co nam mówi o Donaldzie Tusku.

•
W poprzednim felietonie narzekałem na profesorów, że nie reagują na insynuację Jacka Żakowskiego („Polityka” nr 40), jakoby swoje stanowiska i tytuły otrzymali w PRL za wysługiwanie się władzy. Teraz nie jestem pewien, czy nie reagują, bo nie chcą, czy nie mogą, bo prasa jest wolna i drukuje to, co chce, a czego nie chce, to nie drukuje.
Profesor Andrzej Walicki przed wyjazdem za granicę zaznajomił mnie ze swoim poglądem: „Zdumiał mnie artykuł Jacka Żakowskiego, nie sądziłem bowiem, że publicysta tak światły i tak zasłużony w walce z represyjnymi pomysłami ideologów „IV RP” może napisać artykuł przewyższający natężeniem nienawiści wywody prawicowych ekstremistów. Jak bowiem nazwać wypowiedź głoszącą, że prawdziwie sprawiedliwe byłoby odebranie ludziom mieszkań i tytułów naukowych otrzymanych w PRL, ponieważ były one nagrodą za „polityczne usługi”? Czyżby współautor książki „Między panem a plebanem” przyłączył się do osób głoszących, że redaktorowi „Gazety Wyborczej” trzeba odebrać mieszkanie (bo „niesłusznie” otrzymał je jego ojciec) […]? Czy świadomie wprowadził czytelników w błąd, pisząc, że planowana obniżka „esbeckich” emerytur polega tylko na zrównaniu ich z cywilnymi, chociaż w rzeczywistości ma być obniżką do 350-450 zł, czyli poniżej minimum? („Gazeta Wyborcza” z 29 IX, s. 4). Obraża nas w dodatku przypuszczeniem, że większość Polaków „poczuje się lepiej”, gdy taką pozasądową represją skazane zostaną osoby niewinne, jak np. zweryfikowani pracownicy służb, kierowcy i sekretarki. Rehabilituje i przywołuje archaiczno-religijne pojęcie „kozła ofiarnego”, nieznane ani prawu, ani racjonalnej etyce (…). W Polsce jednak nie dostrzegam rozjuszonego tłumu żądającego ofiar! Widzę tylko nienawistne emocje garstki sfrustrowanych polityków oraz przytakujących im dziennikarzy”.
Jacek Żakowski przedstawił dość dokładnie panujące w partiach solidarnościowych wyobrażenia o sprawiedliwości społecznej, „dziejowej”, jak mówią niektórzy. Biorąc pod uwagę te wyobrażenia oraz stosunek sił między zwartym (mimo sprzeczek) obozem partii solidarnościowych a zatomizowanym społeczeństwem, trzeba wyciągnąć wniosek, że obecne odbieranie emerytur jest początkiem znacznie szerzej zakrojonych prześladowań. Nie ma partii, która mogłaby się temu sprzeciwić lub przynajmniej powiedzieć ludziom, co ich czeka.

 

Wydanie: 44/2008

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy