Pandemia w Dolomitach

Pandemia w Dolomitach

Po dwuletniej przerwie spowodowanej pandemią znów mogłem pojechać na narty do Włoch. W Dolomitach turystów, a przede wszystkim narciarzy, mniej niż w ubiegłych latach. Nie było Szwedów, Niemców, Anglików. Nawet Włochów było mniej niż zazwyczaj. Może teraz, kiedy rozpoczęły się ferie we włoskich szkołach, stoki narciarskie się zapełnią. Na razie na trasach zjazdowych, jak co roku świetnie przygotowanych, pustawo. Niektóre hotele zamknięte, w knajpach także mało ludzi. Polaków też pewnie było mniej niż kiedyś, ale z braku innych nacji widać ich było (i niestety czasem słychać!) wyraźniej. I wszyscy zaszczepieni! We Włoszech szczepienia nie były wprawdzie obowiązkowe, ale by dostać się do kolejki linowej czy na wyciąg, trzeba było codziennie rano aktywować karnet, ski-pass – przyłożyć go do jednego okienka czytnika, a do drugiego kod paszportu covidowego. Kto nie miał trzech szczepień, nie wsiadł do kolejki ani na kanapę wyciągu. W kolejkach linowych, na wyciągach, na trasach zjazdowych, w usytuowanych przy nich schroniskach byli więc tylko ludzie trzykrotnie zaszczepieni. Mało tego, w kolejce, na wyciągu, na stoku i w schroniskach obowiązkowe były maski, i to nie dowolne. Takie lekkie, chirurgiczne, u nas najpopularniejsze, nie były dozwolone. Konieczne były (nie wiem, jak one fachowo się nazywają) takie ryjko-dzioby. Można zatem powiedzieć, że od wejścia do dolnej stacji kolejki aż po szczyty Dolomitów była strefa wolna od koronawirusa.

Dość dziwnie szusuje się w takiej maseczce, ale można się przyzwyczaić. Tylko opalić się trudno, bo gdzie kończą się gogle, zaczyna się maseczka.

W miasteczku po ulicach można chodzić bez maseczki, ale trzeba ją założyć, wchodząc do sklepu czy lokalu. Aby wejść do knajpy lub do sklepu, z wyjątkiem spożywczego i apteki, trzeba również okazać paszport covidowy.

W hotelu rygor podobny. Na korytarzach, w pomieszczeniach klubowych i w restauracji trzeba mieć maseczkę. Można ją zdjąć dopiero przy stoliku, rozpoczynając konsumpcję. Na stoliku dodatkowo komplet foliowych rękawic (takich jak na stacjach benzynowych), które trzeba założyć, gdy podchodzi się do bufetu.

Większość gości, w tym Polacy, posłusznie stosuje się do zaleceń. Jest jednak pewien szczególny gatunek polskiego dorobionego chama, który wszystko kontestuje i jak tylko mu się uda, dla samej przyjemności obchodzi wszelkie nakazy i zakazy. Nie udało mu się wsiąść do kolejki w nieprzepisowej maseczce, więc wygłosił długą i wyjątkowo niegrzeczną, wulgarną tyradę do obsługującego kolejkę Włocha, który nie wpuścił go do wagonika. Włoch, nic nie rozumiejąc z przemowy chama, patrzył na niego ciekawie, ale nie ustąpił. Chcąc nie chcąc, ustąpić musiał cham. Ktoś z jego znajomych dał mu wreszcie przepisową maseczkę, którą cham przekornie założył poniżej nosa. Znów to samo. Kazali mu poprawić. Obrażony poprawił. Gdy tylko wlazł do wagonika, a wagonik ruszył, demonstracyjnie maseczkę ściągnął na brodę i triumfalnie spojrzał z góry na oddalający się peron i stojącą na nim obsługę.

Nie wiem, jak w ciągu dnia cham demonstrował swój nonkonformizm, ale spotkałem go też wieczorem w hotelu. Łaził po restauracji bez maski. Uwagę zwrócił mu kelner. Cham, upewniony, że Włosi nie znają polskiego i nie rozumieją niestety jego bystrych i dumnych wywodów dotyczących tego, gdzie on, polski cham, ma ich nakazy i zakazy, tym razem przemówił do kelnera po angielsku: Do you have any problem? Ale chyba wyczerpał tym cały zapas znanych mu słów angielskich, bo gdy kelner w poprawnej angielszczyźnie tłumaczył mu, że musi założyć maskę i rękawiczkę foliową, że to nie jest jego wymysł, tylko odgórny, powszechnie obowiązujący przepis, cham stał z wybałuszonymi oczyma, najwyraźniej nic nie rozumiejąc z tego, co do niego mówią. Chyba nawet wstyd mu się zrobiło z tego powodu. Ewidentnie stracił cały rezon. „Janusz, ubier se maseczkę, bo widzisz, że się strzępią”, poradziła mu partnerka. Obrażony Janusz „ubrał se maseczkę”, kelner przestał się „strzępić” w nieznanym Januszowi języku, świadkowie tej sceny, w większości Polacy, odetchnęli z ulgą, bo wstyd im było za rodaka.

Gwoli sprawiedliwości należy przyznać, że coraz rzadziej trzeba za granicą za rodaków się wstydzić. Nawet powiedziałbym, że na ogół zachowują się poprawniej niż inni obcokrajowcy. O pijanych, wrzeszczących na krakowskim Rynku Anglikach nawet nie wspominam. Ale czasem taki Janusz się trafi. Co zrobić…

j.widacki@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 9/2022

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy