Negacje

Negacje

Sojusz Lewicy Demokratycznej wyłaził ze skóry, żeby oderwać się od swoich rzeczywistych korzeni i bodajże już mu się to udało. Jego liderzy, a teraz zapewne i liczni członkowie uważają, że pół wieku istnienia powojennego państwa za fakt godny ubolewania. Ponieważ jest to pogląd anty-oczywisty, paradoksalny, wprost absurdalny, wolno przypuszczać, że został przyjęty w złej wierze, z obawy przed karą taką czy inną. Pogląd ten zostanie odrzucony, gdy przeciwnicy utracą zdolność karania.
Ponieważ realny socjalizm był nudny, a w końcu obrzydł już wszystkim, jego upadek został powitany na ogół z zadowoleniem, a przez wielu z radością. Nie opierajmy jednak oceny takich bytów jak państwo, stosunki społeczne czy ustrój na powierzchownych odczuciach nudy, obrzydzenia, zagniewania czy frustracji w jej różnych odmianach. Takie odczucia są właściwe ludziom we wszystkich ustrojach. Literatura i dziennikarstwo ostatnich dwu wieków prawie że innego stosunku do systemów społecznych nie odnotowały w Europie. Także z Ameryki, mimo wspaniałości jej przyrody, wielkich przestrzeni i gwarantowanej wolności, od kilkudziesięciu lat tamtejsza literatura i dziennikarstwo nie przynoszą nam nic prócz krytyki i złorzeczeń. Jeśli już mamy opierać ocenę na złych nastrojach większości ludzi, to jak wypadnie ocena Trzeciej RP? Z pewnością gorzej niż ocena PRL po roku 1956 i do czasu zrujnowania gospodarki przez pierwszy „cud” „Solidarność”. Policji politycznej nie musimy się bać, ale kłamstwo szerzone przez media komercyjne jest nie mniej agresywne, nie mniej nachalne niż propaganda państwowa w najgorszych okresach realnego socjalizmu. W zawziętej walce o rynek reklam oligarchia medialna pozbywa się wszelkich skrupułów, nie wahając się wprawiać społeczeństwo w stan nieustannego, bezcelowego rozdrażnienia. Któremu towarzyszy moralna apatia.
Po wojnie przez czterdzieści lat państwo polskie nie było niepodległe. Teraz jest niepodległe, ale z roku na rok coraz mniej jest państwem. Coraz jaśniej zdajemy sobie sprawę, że pozostawiona ze swoją niepodległością Polska najpierw stoczyłaby się w anarchię, a zaraz potem uległaby jakiemuś zbawcy lub zbawczej, terrorystycznej partii. Zresztą czy już nie jesteśmy w stanie anarchii? Najmocniejszy argument za wstąpieniem do Unii Europejskiej jest ten, że sami nie możemy się rządzić. Wymagania, jakie trzeba spełnić, by zachować porządek państwowy, przerastają niepodległy naród polski. Oczywiście, nadzieja, że inni nas uporządkują, nie przerywając naszego snu o niepodległości, może być złudna, nawet z pewnością taka się okaże. Ale nadzieja, że tonący w bagnie może sam siebie z topieli za włosy wyciągnąć, jest złudna jeszcze bardziej. Piłsudski mógł zaprowadzić jaki taki ład dzięki temu, że był w Polsce pod pewnym względem ciałem obcym. Żmudzin, rewolucyjny socjalista, austriacki brygadier patrzył na społeczeństwo polskie obcym okiem i lepiej je pojmował, niż ono samo się pojmowało. Nie kocham rewolucyjnych socjalistów ani austriackich brygadierów i nie wiem, czy jeszcze jacyś Żmudzini istnieją na świecie. Chcę tylko powiedzieć, że trzeba dużo dystansu (którego ja nie mam, niestety) do polskiego zbiorowego subiektywizmu, aby zrozumieć, co się w tym kraju dzieje, aby zobaczyć rzeczy we właściwej proporcji i z jakąś szansą na powodzenie próbować poprawić istniejący stan rzeczy.
Sojusz Lewicy Demokratycznej utracił szansę stania się „obcym ciałem” w Trzeciej RP, a przecież wszystko temu sprzyjało, by się nim stał. Na twórczą pozycję „obcego ciała” spychała go „Solidarność” z całą chmarą swoich pasożytów partyjnych i do tej roli z całej siły pchał go Kościół Rydzyka i Życińskiego. Dziś mógłby z wiarygodnością niewinnego powiedzieć ludziom, co się stało w Polsce podczas transformejszen.
Lewica przyjęła poglądy i punkty widzenia swoich nieprzejednanych i bezwarunkowych przeciwników i wygodnie się w nich, że tak powiem, rozgościła. Utraciła w ten sposób zdolność alternatywnego myślenia, a zwłaszcza spostrzegania faktów. Tworząc rząd raz i drugi nie mogła zdobyć się na nic innego jak tylko na kontynuację polityki przeciwników, tak pod względem zasadniczych dążeń, jak w zakresie radosnego ustawotwórstwa, posuwając się aż do obrony postanowień i urzędów jawnie skierowanych przeciw sobie. Prawie bez oporu uległa hegemonii propagandowej obozu solidarnościowego. „Solidarność” była „cudem”, lewica uwierzyła w cud. I bezustannie, na klęczkach, mnożyła dowody swojej winy. Nie zjednała sobie w ten sposób cudotwórców, za to zraziła wyborców.
Ze strony prawicy słychać hasło Czwartej Rzeczypospolitej. Przypuszczam, że w niedługim czasie będzie je słychać z wielu stron, bo poczucie, że „dalej tak być nie może”, upowszechnia się. Społeczeństwo potrzebuje nie nowej partii u władzy, lecz nowego porządku politycznego i społecznego, nowej konstytucji. W tej chwili eksperymentowanie z Czwartą RP byłoby przedwczesne i jałowe. To, co mogłaby skonstruować prawica, byłoby bliźniaczo podobne do tego, co już jest, zaś lewica partyjna jest bliźniaczo podobna do prawicy, minus odwaga krytyki. Musi się coś jeszcze wydarzyć, realny stan rzeczy musi się przebić przez sztuczne środowisko stereotypów, ludzie muszą się uodpornić na wrzawę mediów, aby zaświtały im nowe myśli i pojawiły się nowe uczucia, które bywają czasem ważniejsze od myśli.
Zwolennicy Czwartej RP nie dostrzegają konieczności nawiązania do jakiejś tradycji państwowej. Nie dziwię się im, jedyną żywą tradycją państwową jest PRL. Jeśli się ten okres totalnie neguje, jest się zdanym albo na to, co właśnie mamy, albo na nowinki ustrojowe, albo na retrospektywne fantazjowanie. Nie wyobrażam sobie poważnej „naprawy Rzeczypospolitej” innej niż na zasadzie Heglowskiej syntezy, znoszącej wrogie sobie „negacje”: PRL i Trzecią RP. Premier Francji Jospin podczas wizyty w Polsce słusznie radził: „Skoro mieliście taką przeszłość, byłoby dobrze, abyście dokonali podsumowania, syntezy… każdy kraj musi ponownie przeegzaminować swoją przeszłość po to, aby móc się wewnętrznie zintegrować”.
Wbrew temu, co głosi nachalna propaganda, dystans gospodarczy Polski w stosunku do Europy Zachodniej nie zmniejszył się w okresie Trzeciej RP. Nikt nawet nie próbuje przekonać nas za pomocą argumentów, że zmniejszy się w przewidywalnej przyszłości. Pozostajemy w Europie krajem zacofanym, jakim byliśmy zawsze. Nie mamy nawet elity narodowej, która by z tego powodu cierpiała. Poczucie upokorzenia jest spychane do podświadomości i nie staje się impulsem do szukania sposobów wydobycia się z tego położenia. Osłabienie państwa, korupcja, dezorientacja moralna mas (dla których tylko państwo czynne, posiadające autorytet i zdolne egzekwować reguły współżycia może być wychowawcą), oto niektóre ze skutków z ducha anarchii strajkowej i populizmu wywodzącej się rewolucji solidarnościowej. Nie można oczekiwać, że w środowisku politycznym, mającym takie historyczne i socjologiczne zaplecze, zrodzi się niepokój o cywilizacyjną przyszłość Polski. Przywódcy SLD zrobili wszystko, co mogli, żeby się do tego środowiska zaadaptować.

 

Wydanie: 15/2003

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy