Nieistniejący ateiści

Nieistniejący ateiści

Lat temu 300 urodził się w Paryżu Jan Chrzciciel Le Rond d’Alembert. Był nieślubnym dzieckiem pani de Tencin i kawalera Destouches’a. Kochankowie nie bardzo wiedzieli, co zrobić z nieprzewidzianą pociechą, więc zostawili ją na schodach dziś już nieistniejącego kościoła Saint-Jean-le-Rond w IV dzielnicy Paryża (stąd pierwsza część nazwiska). Wprawdzie ojciec ostatecznie go odnalazł i obdarzył przyzwoitą pensją 1,2 tys. liwrów, ale do tego czasu d’Alembert tułał się po przytułkach samotny i zdany na własne siły, aż w wieku 48 lat zamieszkał z kochanką, madame du Deffand, niezbyt mu wierną, za to opiekuńczą, czułą i wpatrzoną w genialnego partnera.

D’Alembert jest matematycznym geniuszem. Mając 22 lata, składa w Akademii Nauk odpowiednik naszego doktoratu. Cztery lata później „Traktat o dynamice” przynosi mu już europejską sławę. Dostaje zachęcające propozycje od króla Prus Fryderyka Wielkiego i od carycy Katarzyny. Odrzuca je zajęty pracą nad słynną Wielką Encyklopedią Francuską. Jest także wybitnym astronomem i filozofem. W tej ostatniej dziedzinie wyróżnia się jako zdecydowany i wojujący ateista. Polska „Encyklopedia katolicka” (Lublin 1974, t. 1) o tym, który religię nazywał konsekwentnie ohydą, pisze zdawkowo, że „był zwolennikiem zniesienia norm moralnych głoszonych przez Kościół i zastąpienia ich nowymi; podstawę moralności upatrywał w dobrze pojętym interesie osobistym i społecznym; dla dzieci opracował katechizm moralności, w którym pisze, że nagrodą za szlachetne uczucia i dobre czyny jest wewnętrzne zadowolenie”. Niewiele dodaje Władysław Tatarkiewicz w „Historii filozofii”, pisząc o odrzuceniu przez d’Alemberta „wszelkiej metafizyki”.

Tymczasem był on nie tylko głosicielem radykalnego wolnomyślicielstwa, ale również jego obrońcą. Kimś podobnym do poważnych feministek walczących dzisiaj o codzienne prawa społeczne kobiet. To w tym przede wszystkim jest tak bliski współczesnym ateistom. Obruszał się na samo pytanie, dlaczego ktoś jest niewierzący. Toż nie zadaje się takiego pytania katolikom, jakby wiara miała być oczywistością i argumentem. Ateizm traktuje się za to jako coś dziwnego, szczególnego, contra naturam. Liczne powiedzonka typu „jak trwoga, to do Boga”, przepowiadające nawrócenie w obliczu śmierci itp., sugerują swoisty koniunkturalizm ateizmu, wygodę czy pozę intelektualną, która znika wobec nieszczęścia lub strachu, chociaż nie ma na to żadnych dowodów, a nawet wręcz przeciwnie – znane są liczne przypadki utraty wiary religijnej wobec okrucieństwa wojny, zarazy i innych klęsk żywiołowych lub społecznych.

Relacja o śmierci samego d’Alemberta jest na tym tle dosyć zabawna. Kiedy był w agonii, sprowadzono do niego zwyczajowo księdza. Nalegającemu, by się wyspowiadał, polecił d’Alembert przyjść nazajutrz, wiedząc, że jutra nie dożyje. Przy jego łożu czuwał wiernie słynny matematyk i filozof Jean Antoine Nicolas de Condorcet. „Jak to dobrze, przyjacielu, że zamkniesz mi oczy”, podziękował mu chory. Na to Condorcet: „Może tam inny przyjaciel ci je otworzy”. „Nie ma takiej możliwości”, odparł spokojnie umierający.

O ateizmie d’Alemberta nie zapomniano i po jego zgonie. Po długich targach arcybiskup Paryża zezwolił na pochówek wielkiego uczonego na cmentarzyku sąsiadującym z jego domostwem, odziedziczonym po madame du Deffand. Zmarłemu nie miał prawa towarzyszyć żaden orszak żałobny, choćby złożony jedynie z członków Akademii. Nie dopuszczono i Condorceta. Był natomiast obecny przedstawiciel kleru. W 1783 r. nie istniały bowiem jeszcze we Francji instytucje ani uroczystości czysto świeckie.

Jakże niedaleko jesteśmy od tego stanu rzeczy w dzisiejszej Rzeczypospolitej. I to nie tylko za sprawą PiS, ale też wszystkich poprzednich rządów, od Jaruzelskiego począwszy. Szkoda strzępić sobie język – dla lekcji religii w szkole przez prawie 30 lat nie wymyślono żadnej sensownej, laickiej alternatywy. Mniejsza o zalewające kraj pomniki Jana Pawła II o wartości artystycznej nieprzewyższającej przeważnie dewocjonaliów z jarmarcznego kramu w Księżej Wólce. Na honorowych miejscach przy byle podniosłym spędzie musi być chociaż jeden biskup, stado prałatów i kanoników. Święci się już nie tylko nowo wzniesione budynki, w tym państwowe, drogi, fabryki czy dworce kolejowe, ale nawet samochody czy traktory. Swoich kapelanów mają wojsko, policja, strażacy, włókniarze, tkacze, metalowcy, kibole, więźniowie, studenci, akademicy. Nikt rzecz jasna ateistów o zdanie w tym względzie nie zapyta. Zresztą ich po prostu nie ma. Ze statystyk dowiadujemy się, że jesteśmy w 95% krajem katolickim. Wzmiankuje się czasami o jakichś marginalnych prawosławnych czy protestantach. Ostatecznie w specjalistycznych danych znajdziemy „bezwyznaniowych”, czyli wierzących, ale niezaszeregowanych do żadnej klatki. Ateistów nie ma, zupełnie nie ma. Ex definitione. I cóż ja piszę o jakimś d’Alembercie. Przecież on w ogóle nie istniał!

Wydanie: 50/2017

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy