Mała polska stabilizacja w cieniu globalnej niepewności

Mała polska stabilizacja w cieniu globalnej niepewności

Nuda i apatia w polskim życiu publicznym, nazywane przez polityków i niektóre media polską stabilizacją, wcale nie oznaczają pełnej przewidywalności. Wręcz przeciwnie. Rzeczywistość za oknem jest bardzo krucha i niepewna. W polskich mediach i w tzw. debacie publicznej nie widać tego z dwóch powodów. Po pierwsze, oficjalne monologi i opowieści o świecie, jakie słyszymy z ust elit władzy w Polsce, już dawno straciły kontakt z rzeczywistością. Po drugie, polska polityka jest zaściankowa i poza własnym, lokalnym podwórkiem nie interesuje jej to, co się dzieje w skali globalnej. A ostatnio dzieje się wiele.
Kryzys trwa w najlepsze, wbrew zaklinaczom rzeczywistości obwieszczającym jego koniec. Jeśli spojrzymy na Polskę jak na płynącą po globalnym morzu niepewności drewnianą łajbę, którą z dnia na dzień może mocno rozkołysać zmiana światowych trendów ekonomicznych, to polski ogląd polityki przez pryzmat Smoleńska i wariactw PiS z jednej strony oraz zagubionych autostrad ministra Grabarczyka z drugiej wydaje się prowincjonalny. A władza premiera Tuska czy prezydenta Komorowskiego sprawia wrażenie bardzo ograniczonej i prowizorycznej przy sile i potencjale współczesnych graczy tzw. światowego rynku – m.in. korporacji ponadnarodowych rozporządzających budżetem większym niż ten, który niejedno państwo średniej wielkości ma do dyspozycji w ciągu roku.
Można powiedzieć, że gwałtowne podmuchy w gospodarce i w społeczeństwie to w dzisiejszym systemie reguła, a nie jakaś szczególna sytuacja. Jak twierdzi Immanuel Wallerstein – światowej klasy socjolog – żyjemy w okresie przejściowym. Globalny kapitalizm powoli się zatyka, dusi i w bólach schodzi ze sceny. Nie na skutek rewolucji, ale swojej własnej niewydolności i kurczących się obszarów możliwych do kolonizacji. Po prostu globalny ład przestaje być funkcjonalny. Tak się stało wcześniej z feudalizmem i innymi systemami. Nowy porządek natomiast jeszcze się nie wyłonił. Nie wiadomo, czy będzie lepszy, czy gorszy. Nie dowiemy się tego, zanim nie powstanie. Na razie żyjemy w okresie przejściowym. Jak pisze Wallerstein, „będzie to okres trudny dla wszystkich. Będzie trudny dla wpływowych, będzie trudny dla zwykłych ludzi. Będzie to okres konfliktów i chaosu, który wielu ludzi będzie odczuwało jako załamanie się systemów moralnych. Będzie to jednak okres, w którym czynnik »wolnej woli« osiągnie maksimum, co znaczy, że indywidualne i zbiorowe działania będą wywierać większy wpływ na przyszłą organizację świata niż w bardziej normalnych czasach, tzn. w okresie zwykłego toku rozwoju systemu historycznego”.
Opinia Wallersteina jest świetnym komentarzem do wydarzeń ostatnich dni i tygodni. A strajkujący i biorący udział w masowych demonstracjach w Grecji, Hiszpanii, Portugalii czy w Czechach zachowują się tak, jakby rzeczywiście chcieli zmienić obecną organizację ładu społeczno-politycznego. Bo chodzi już nie tylko o sprzeciw wobec cięć socjalnych, lecz także o wyrażenie wściekłości i niechęci wobec ogólnych reguł rządzących życiem zbiorowym. Przeciwnikiem protestujących staje się coraz częściej cały system ekonomiczno-polityczny i wszystkie tworzące go siły.
Uczestnicy hiszpańskiego ruchu „Prawdziwa demokracja teraz!” odrzucają główne partie obecnego porządku i domagają się m.in. likwidacji przywilejów dominującej klasy politycznej, kontroli systemu bankowego i pełnej demokracji uczestniczącej (z jak najczęstszym wykorzystaniem instytucji referendum). We Włoszech małe, oddolne ugrupowania lewicowe doprowadziły do zorganizowania referendum, którego wyniki miały charakter jawnie antysystemowy i mocno podkopały upadający rząd Berlusconiego. Włosi przytłaczającą większością opowiedzieli się przeciwko prywatyzacji usług publicznych związanych z dostawą wody i odrzucili plany budowy elektrowni atomowych w swoim kraju. Wyrazili także niechęć wobec klasy politycznej, nie zgadzając się, aby ministrowie unikali odpowiedzialności prawnej poprzez wykorzystywanie swojej pozycji. Z kolei w Grecji tradycyjnie obrzucono butelkami z benzyną budynek Ministerstwa Finansów i zorganizowano kolejny strajk generalny.
Nie są to już pojedyncze, lokalne ogniska buntu, lecz raczej elementy większej całości, która przelewa się przez Europę. Czy poza upadkami poszczególnych rządów ta fala doprowadzi do głębszych zmian? A jeśli tak, to jakie owoce wydadzą te przekształcenia? Jak wiemy z historii, nie każda zmiana społeczna musi być zmianą na lepsze. I nie każdy protest musi być krokiem w stronę postępu, równości i głębszej demokracji. Efektem mogą być również bardziej autorytarne rozwiązania i ograniczenia wolności społecznej. Jak zauważa Wallerstein, nadchodzący wybór historyczny może odbywać się zasadniczo pomiędzy systemem podobnym do obecnego, w którym pewna grupa ma o wiele większe przywileje niż inni, a ładem, który jest bardziej demokratyczny i egalitarny. Istnieje oczywiście również groźba faszyzacji i pójścia w prawicowy populizm.
Obserwując z polskiej perspektywy wydarzenia rozgrywające się w Europie, z jednej strony można mieć nadzieję, że owa fala aktywności dotrze również do Polski i obali pewne mity oraz naruszy naszą lokalną, skostniałą scenę polityczną. Z drugiej strony, można mieć obawy, że polska lewica ani organizacyjnie, ani intelektualnie nie jest przygotowana na rozlanie się spontanicznej fali aktywności społecznej. I o ile tworzące się w Europie Zachodniej ruchy przekraczające ramy zinstytucjonalizowanej polityki są na wskroś lewicowe, o tyle w polskich warunkach gniew społeczny może przybrać barwy bardziej brunatne. Aby tak się nie stało, lewica w Polsce już dziś musi wyjść ze swojej partyjnej skorupy i obudować się różnorodną pajęczyną inicjatyw i ruchów obywatelskich. Bez zaplecza sieci społecznej samoorganizacji nie tylko trudno wygrywać wybory. Bez tego postępowe zmiany, a kiedy trzeba – obrona podstaw demokracji, są niemożliwe.

Wydanie: 25/2011

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy