Konstytucja dla nauki, czyli czary i zaklęcia nad nauką odprawiane

Konstytucja dla nauki, czyli czary i zaklęcia nad nauką odprawiane

Wiem, że tym tekstem narażę się wielu ludziom. Nie tylko politykom, ale także przedstawicielom mojego, naukowego środowiska. Ale muszę go napisać, zanim uchwalona zostanie nowa ustawa o szkolnictwie wyższym. Nie żebym wierzył, że on coś zmieni. Wiem, że nie zmieni. Ale milczeć nie wypada – więc piszę.

O tym, że nauka polska, najdelikatniej mówiąc, nie jest w najlepszej kondycji, wiadomo do dawna. Miejsca dwóch najlepszych polskich uniwersytetów w czwartej i piątej setce uznanego na całym świecie rankingu szanghajskiego świadczą o tym dobitnie. Co zrobić, aby stan nauki polskiej poprawić? Oczywiście nauka dziś kosztuje. Zaplanowane na 2018 r. wydatki na naukę i szkolnictwo wyższe to kwota 25,7 mld zł. W przeliczeniu ok. 6,4 mld dol. Budżet jednego tylko, za to najlepszego na świecie, od lat przodującego we wszystkich rankingach Uniwersytetu Harvarda wynosi 4,5 mld dol. Harvard szczyci się stu kilkudziesięcioma noblistami, ukończyło go wiele osobistości świata polityki, w tym co najmniej kilku prezydentów Stanów Zjednoczonych.

Jak łatwo zatem policzyć, budżet całej nauki polskiej (wszystkie uczelnie, plus PAN, plus granty Narodowego Centrum Nauki itd.) jest o niespełna 30% wyższy od budżetu jednego amerykańskiego uniwersytetu. Tę kwotę trzeba rozdzielić na ponad setkę polskich uczelni publicznych (dodać należy, że na Harvardzie jest bodaj mniej kierunków studiów niż np. w Wyższej Szkole Zawodowej w Nowym Targu). Trzeba z niej utrzymać kadrę naukową (w większości mierną, czasem beznadziejną), rzeszę pracowników administracji i obsługi oraz pokryć ogromne koszty infrastruktury tych ponad stu uczelni. W dodatku nauka na tych uczelniach z mocy postanowienia konstytucji jest bezpłatna.

W USA większość uczelni, ze wspomnianym Harvardem na czele, jest prywatna. Uniwersytetów stanowych (czyli państwowych) jest nieco mniej niż stanów, bo nie wszystkie stany mają swoje uniwersytety. Bogatą Amerykę (z PKB rzędu 19 362,1 mld dol., a więc 38 razy większym niż PKB Polski), z populacją wielokrotnie większą od naszej (ponad 326 mln mieszkańców) stać więc na utrzymywanie jedynie ok. 50 uniwersytetów, na których w dodatku nauka jest płatna.

Znaczna część badań naukowych w Ameryce jest finansowana z grantów, przy czym tylko niektóre pochodzą z budżetu państwa – większość finansuje gospodarka. Granty dla humanistów finansują albo państwo, albo rozliczne, bogate fundacje. U nas w zasadzie wszystkie granty są finansowane przez państwo. Gospodarka wciąż jest na to za mała, fundacje za biedne.

Zanim przystąpi się do reformowania polskiej nauki, trzeba sobie uczciwie odpowiedzieć na pytanie, czy chcemy, by dogoniła naukę światową i stała się jej równoprawną częścią, z wszystkimi tego konsekwencjami i procentowaniem po latach, czy wolimy, aby instytucje naukowe, przede wszystkim uczelnie, dawały pracę – nawiasem mówiąc, nędznie wynagradzaną – tysiącom miernych pracowników nauki oraz pracowników administracji i obsługi, jak również łatwy dostęp do wykształcenia wyższego, na niskim przeważnie poziomie, tysiącom młodych ludzi, z których znaczna część na studia po prostu się nie nadaje, a po tych studiach i tak nie znajdzie pracy w zawodzie albo pozostanie nie dość, że bezrobotna, to jeszcze sfrustrowana.

Nie ulega wątpliwości, że nie mogąc zwiększyć nakładów na naukę, trzeba myśleć o racjonalnym wydatkowaniu przeznaczonych na nią pieniędzy. Należy powiedzieć okrutną i niepopularną prawdę: nie stać nas na utrzymywanie takiej liczby uczelni, w większości słabych. Liczbę uczelni państwowych trzeba drastycznie zredukować. Oczywiście takiemu rozwiązaniu z natury rzeczy sprzeciwią się władze lokalne, kadra naukowa redukowanych placówek i populistyczni politycy. Nie wiem, po co utrzymywać wyższe szkoły zawodowe w różnych miastach powiatowych. Nie widzę w tym innego sensu niż tworzenie dodatkowych miejsc pracy dla słabej kadry naukowej i czynienie zadość wygórowanym ambicjom miejscowych władz. Rektorzy w gronostajach (w jednym znanym mi przypadku w gronostajach i – zamiast w birecie – w czapce zbójnickiej!) może uświetniają lokalne uroczystości w małych miasteczkach i są ich ozdobą, jak w Krakowie Lajkonik w oktawę Bożego Ciała, ale na ogół sprawiają wrażenie jeśli nie komiczne, to co najmniej pretensjonalne. Oczywiście istnienie tych dziwacznych tworów, „uniwersytetów powiatowych”, uzasadnia się na ogół przewrotnie rzekomym interesem miejscowej młodzieży, szczególnie uboższej, której ułatwia się możliwość studiowania. Proponowałbym likwidację tych „wyższych szkół zawodowych” i przeznaczenie części zaoszczędzonych na tym zabiegu pieniędzy na stypendia dla zdolnej i ubogiej młodzieży z prowincji, umożliwiając jej studiowanie na prawdziwych uniwersytetach, nieco dalej od domu.

Nie mam wątpliwości, że zmiana trybu zdobywania habilitacji, większa czy mniejsza władza rektora, fakt podziału czy braku podziału uczelni na wydziały, kolejna lustracja członków władz akademickich niczego istotnego nie zmienią. Podobnie jak powołanie czy niepowołanie zewnętrznej rady uczelni. Z tym że to ostatnie niesie ze sobą w polskich warunkach w sposób oczywisty zwiększenie wpływu polityków na uczelniach i ograniczenie autonomii tych placówek.

Zamiast trwonić pieniądze na utrzymywanie słabych uczelni publicznych, lepiej opracować system racjonalnego wsparcia niepublicznych. Te drugie mogą być tworzone nie tylko przez podmioty prywatne. Nic nie stoi na przeszkodzie, by robiły to samorządy wespół z lokalnym biznesem. Problem w tym, że u nas sama idea partnerstwa publiczno-prywatnego od razu wydaje się podejrzana.
To wszystko, o czym teraz się mówi i co próbuje robić, to są czary i zaklęcia bez istotnego wpływu na poziom polskiej nauki. Udawanie, że coś ważnego się robi. By zreformować polską naukę, trzeba by nowego Hugona Kołłątaja. Na pewno nie jest nim minister i wicepremier Gowin w jednej osobie. Nie ma on ani talentu Kołłątaja, ani jego charakteru, ani… poparcia króla.

Aby dokonać prawdziwej reformy polskiej nauki, która przybliżyłaby ją do nauki światowej, należy, po pierwsze, mieć pomysł, po drugie – odwagę, by go publicznie przedstawić, po trzecie – poparcie wszystkich sił politycznych. W chwili obecnej brakuje nam jednego, drugiego i trzeciego. Dlatego nic się nie zmieni. A na tę Gowinową pseudoreformę patrzę sceptycznie. Delikatnie mówiąc.

Wydanie: 26/2018

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy