To nie musi być nudna kampania

Życie partyjne śledzę od początków III RP, pamiętam chyba wszystkie wybory. I z ręką na sercu mogę powiedzieć, że – na razie – mamy najnudniejszą kampanię w historii III RP. Złożyło się na to wiele czynników.
Po pierwsze, swoje za uszami mają media, które nie potrafiły narzucić politykom reguł. Dziś to sztaby wyborcze rozgrywają media i dyktują im warunki – do tego programu przyjdziemy, do tego nie, z tym dziennikarzem będziemy rozmawiać, z tym nie. W efekcie życie polityczne mamy wyreżyserowane i mało ciekawe.
Po drugie, epoka szybkiej informacji, newsów, eventów i podobnego typu reżyserowanych, krótkich wydarzeń zepsuła wyborców i politykę. W czasach, w których wypowiedź nie może trwać dłużej niż jedną minutę, bo widz podobno traci koncentrację, nie jest możliwa jakakolwiek poważna debata. Zamiast prawdziwej refleksji o Polsce, o życiu publicznym, mamy więc strzelanie hasłami, zabawnymi powiedzeniami, określeniami. Grę towarzyską i nic więcej.
Po trzecie, dostrzegam też w tym wszystkim zamysł głównej partii, PO, i słabość partii opozycyjnych.

Zacznijmy od Platformy – jej rządy mało kogo zachwycają, ale i raczej nie gorszą. Jej błędy i niespełnione obietnice można długo wyliczać, tak jak długo można się znęcać nad exposé premiera Tuska sprzed czterech lat, ale tego nie słychać, bo to Donald Tusk narzucił rytm kampanii. Z jednej strony, wciąż prezentuje się jako główna zapora przed powrotem Jarosława Kaczyńskiego do władzy. Tym straszy. A jeśli chodzi o lewicę – to udało mu się przekonać wielu Polaków, że ta formacja wciąż jest niepozbierana, niepoważna i ma niewiele do powiedzenia. Co ciekawe – ani Kaczyński, ani Napieralski nie potrafili się przed tą łatką, którą im przypięto, obronić.
Kaczyński – zapowiadając, że jego głównymi ministrami w wypadku wygranej będą Ziobro, Macierewicz i Kamiński, otwarcie zadeklarował, że nie rezygnuje z programu IV RP. Ba, tym razem już tak łatwo władzy nie odda. I żartów nie będzie. Już ciarki przechodzą.
A Napieralski – pozwalając na koncert konferencji prasowych różnych uciekinierów z lewicy. To jego błąd, że zamiast poszerzać grono zwolenników (a potencjalnie ma ich wielu), zamyka się wśród najbardziej zaufanych.
W takiej atmosferze toczą się więc pierwsze debaty. I wnioski nasuwają się same – jeżeli SLD wystawia do nich kompetentnego polityka, takiego jak Marek Balicki w dyskusji o służbie zdrowia, wtedy błyszczy. I polityk, i partia, która go desygnowała.
To ważny trop. Lewica w III RP nigdy nie była partią, która potrafiłaby grać na emocjach, w tym zawsze ustępuje prawicy, zwłaszcza narodowej, źle wychodziły jej też rozmaite medialne ustawki. Jej siłą byli kompetentni, otwarci na świat politycy. Oraz grono fachowców i ekspertów. Dlatego była ceniona. Czy nie czas do tego wrócić?

Wbrew różnym opiniom, nie jest jeszcze na to za późno. Polacy czują się dziś oszukani debatą o debacie, bieganiem za Jarosławem Kaczyńskim i proszeniem go, żeby zechciał podejść do jakiejś kamery, część na pewno jest rozczarowana poziomem niektórych dyskusji.
Kompetentni, komunikatywni kandydaci mogą więc w znaczący sposób wzmocnić swe partie. Zwłaszcza że ławka przedstawicieli i ekspertów Platformy i PiS jest zawstydzająco krótka. Nie czarujmy się – to dlatego obie partie tak mocno dążą do tego, by kampania wyglądała jak pojedynek Tuska z Kaczyńskim, by reflektory skierowane były tylko na nich i tylko na to. Bo wtedy w cieniu pozostaną inne sprawy.
To także egzamin dla liderów SLD, czy będą potrafili ten zamysł spin-doktorów z PO i PiS pokrzyżować. Czy będą tańczyć na cudzym, czy na swoim weselu?

Wydanie: 37/2011

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy