Kein Trump

Kein Trump

Mała wyprowadzka dla Białego Domu, wielkie zniknięcie dla globu? Przecież to tylko jeden człowiek, trybik wielkiej systemowej maszynerii USA, globalnego kapitalizmu. Ale po raz kolejny, nie ucząc się od historii nigdy i nigdzie, doświadczyliśmy, jak jednostka wyprofilowana i ukształtowana przez machinę politycznej struktury potrafi nią zatrząść, wygiąć w niemożliwym, wydawałoby się, kierunku, wykrzesać karykaturę. Wszystko to w świetle dnia, blasku jupiterów medialnej całodobowej obsługi. Kiedy dzisiaj Twitter wraz z braćmi olbrzymami cyfrowego imperium pozbawia głosu Donalda Trumpa, którego udzielał mu i rozpowszechniał w nieznanej żadnej ludzkiej cywilizacji skali, rozlegają się głosy potępienia (np. kanclerz Merkel). Że to nie prywatne firmy powinny stawiać nam granice wolności słowa i głoszenia poglądów. Zgoda. Podzielam tu rację na rzecz sprawczości państwa. Ale które to państwo miało się zachować w sposób, w jaki się nie zachowało? USA? Ze swoim kuriozalnym systemem wyborczym, w którym ktoś, kto otrzymuje mniej głosów wyborców, mniej liczone w milionach, nie wygrywa wyborów? W systemie, który dopuszcza w ogóle kogoś takiego jak Trump do objęcia przywództwa politycznego najgroźniejszego imperium wojskowego na świecie?

Trump nie był wypadkiem przy pracy. Był skutkiem i logicznym następstwem. Brak skutecznego oporu wobec niego, zarówno we własnej formacji, jak i w procedurach, był oznaką tego samego kryzysu takiej państwowości, takiego przywództwa, takiej roli USA. USA jako państwo wybrały de facto kogoś, kto ucieleśniał ważne, również w znaczeniu identyfikowania się z nimi przez miliony Amerykanów, wartości. Przebojowość, nieposkromione dążenie do sukcesu mierzonego zasobnością konta, tupet, brak skrupułów, bezwzględność, samozachwyt. Trump jest amerykański do bólu. Do bólu, z którego Ameryka lubi być dumna.

Poglądy Trumpa… „Prezydent USA Donald Trump złożył 3251 fałszywych lub wprowadzających w błąd oświadczeń w ciągu 497 dni swojej prezydentury”, policzył „The Fact Checker”. W pierwszym okresie kłamał 4,9 razy dziennie, w maju 2020 r. statystyka skoczyła do ośmiu kłamstwodni. Rekord został ustanowiony w Nashville, gdzie przyłapano go na 35 nieprawdziwych komunikatach. Naprawdę chcemy to uznawać za wymianę myśli i poglądów służących wolności?

Trump to człowiek, który nie przepracował w życiu chwili na rzecz innych, któremu nie zagościła w głowie myśli inna niż ta, jak pomnożyć majątek, skumulować popularność, skonsumować sławę. Człowiek, który – co też skwapliwie policzono – używa podobnej liczby słów co przeciętny ośmiolatek. Gorzej od niego, choć nie na wszystkich polach, wypadał tylko George W. Bush. Mała to pociecha. Pierwszy w historii prezydent, którego Kongres dwukrotnie w ciągu kadencji usiłował za pomocą procedury impeachmentu odsunąć od władzy. Tak, Trump się zapisze jako kolejne monstrum polityczne, które bynajmniej nie udzieliło fałszywej odpowiedzi na prawdziwe pytanie, ponieważ istotnego pytania na poziomie analizy systemowej po prostu zadać nie umie. Umie natomiast ze zręcznością godną lepszej sprawy wychwytywać głosy gniewu, niezgody, niezadowolenia. Wzmacniając je, potęgując, udawało mu się sprawić wrażenie, że za sprawą czarodziejskiego zaklęcia „Make America great again” będzie umiał usunąć jakąkolwiek przyczynę amerykańskiego kryzysu.

Ale miliony mu uwierzyły. Kiedy w Polsce po 2015 r. badano niepisowskich wyborców, którzy wsparli PiS, to na pytanie, jaki był powód takiego wyboru, zdecydowana większość odpowiedziała, że PiS „coś” się chciało. Coś. Ale co, po co, dlaczego, jak i za ile – to już nie było istotne. Ludowa mądrość mówi, że władzę dostaje ten, kto wytwarza przekonanie, że władzy naprawdę chce. Smutna to prawda.

Ameryka nie ozdrowieje z dnia na dzień. Nie wiadomo, czy w ogóle ozdrowieje. Nie wiadomo, czy nowa ekipa będzie zdolna do uprawiania polityki, pamiętając o popełnionych błędach, czy raczej rozgości się w opuszczonych na kilka lat pieleszach, z przyzwyczajenia, po staremu, do czego wszak nie ma powrotu.

Nie, nie, Trump nie został zaszczuty i niesprawiedliwie oceniony, jakby chciał jeden z polskich publicystów (piszę to ze smutkiem, bo wielokrotnie zasłużył na świetne oceny). Władzy nie chciał opuścić po trupach, nie tylko tych ze szturmu na Kapitol, ale także forsując w ostatnim półroczu wykonywanie kolejnych kar śmierci w federalnych więzieniach.

Jego miejsce jest gdzie indziej. Jego rola skończona. Zachwytem napełnił mnie widok ciężarówek firmy przeprowadzkowej, które podjechały pod Biały Dom z paletami kartonów do pakowania. Czas ten zły sen zapakować i odesłać gdzieś tam, hen. I bez szansy na powrót. Zwolniono pana. Bezapelacyjnie.

Nie będę ronił łez. I choć nie mam nadziei, że ta przygoda nas czegoś nauczy, to jednak mam poczucie, że ten rodzaj „odjazdu”, jaki USA zafundowały sobie i nam wszystkim w ostatnich latach, jednak jakkolwiek przeora polityczną świadomość. Że jednak nie wszystko wolno. Że można temu położyć kres.

Jedź już na swoje pole golfowe, graj do ostatniego dołka. Jeśli ci Floryda pozwoli. Żadnych dobrych słów na pożegnanie. Nigdy nie powinieneś być tam, gdzie byłeś, nigdy nie powinieneś mieć szansy na powrót. The end. Uff.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 4/2021

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz
Tagi: Donald Trump, USA

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy