Przeciw minimalizmowi

Przeciw minimalizmowi

BEZ UPRZEDZEŃ

Sojuszowi Lewicy Demokratycznej z pewnością nie można zarzucić, że obiecuje przed wyborami rzeczy niewykonalne. Przeciwnie, cele, jakie sobie stawia, są zbyt skromne. To nie pisany właśnie program zjednuje SLD poparcie 40-50% potencjalnych wyborców. Powody tego poparcia nie zostały wyjaśnione, myślę, że mogą być nieznane zarówno socjologom, jak samym liderom Sojuszu. Z pewnością nie sprowadzają się do nadziei szybkiego polepszenia się warunków bytowania, chociaż taka nadzieja występuje i ma prawo występować. Sojusz nie może powiedzieć ludziom, że te nadzieje skazane są na rozczarowanie. Byłaby to nieprawda. Trzeba natomiast społeczeństwu wyjaśnić, dlaczego pod rządami partii solidarnościowych doszło do osłabienia gospodarki, wzrostu bezrobocia, zahamowania rozwoju kraju i upowszechnienia się pesymizmu. Złego nastroju nie można wyprowadzić przyczynowo z samej tylko biedy. Klasa średnia nie cierpi biedy, a jednak odwróciła się ze złością od Unii Wolności, która chce ją reprezentować. W tym niezadowoleniu, jakie obserwuję, występuje składnik emocjonalny, który wydaje mi się poczuciem upokorzenia. Warstwy biedniejsze już doświadczają skutków działania pieniądza jako miary wartości nie tylko rzeczy, ale także ludzi. Jest to doświadczenie nowe, nieznane w poprzednim ustroju. Osobiście pieniężne kryterium oceny uważam za czynnik wyzwalający w pewnych warunkach jednostkę z moralnej zależności od kolektywnego subiektywizmu grupy. Rozumiem jednak, że taki pogląd nie może być powszechny. Warunki te – dynamiczny i wszechstronny rozwój kraju – nie zachodzą. Poczucie upokorzenia bierze się również, a może w jeszcze większym stopniu, z niespełnienia obietnicy, że w demokracji będziemy wreszcie „żyli w prawdzie”. Nie żyjemy w prawdzie, zmieniły się jedynie środki narzucania kłamstwa, jak również treść tego kłamstwa. Trzeba wyciągnąć wniosek z tego, że największym poparciem cieszy się partia, która – rzecz zupełnie niebywała w Europie – prawie nie ma swoich czy popierających ją gazet i radiostacji. (W telewizji „jej” ludzie umieszczeni na stanowiskach administracyjnych nie mają widocznego wpływu na to, co pokazuje się na ekranie). Nachalna indoktrynacja solidarnościowa, mająca zohydzić społeczeństwu jego pamiętaną jeszcze przeszłość, weszła niejednemu w język, ale nie wszystkim trafiła do przekonania. Nie wiedząc, jak się przed tym kłamstwem bronić, wielu ludzi, niezależnie od swego miejsca w stratyfikacji społecznej, wyraża swój sprzeciw, optując za niemym SLD. Upokarzające dla ludzi jest również to, że rządzący ich się nie wstydzą, czym dają dowód, że nimi pogardzają. Do tego rząd Buzka nie ma wprawy w kłamstwie i, zdradzając się z chęcią oszukiwania, nie oszukuje. Intrygi tego rządu (jak choćby ta namotana przeciw przedsiębiorstwu Bartimpex) są grubymi nićmi szyte i nikogo nie potrafią wprowadzić w błąd. Drastyczne pogorszenie się sytuacji gospodarczej nie jest bez związku z priorytetami kończącej swoje rządy koalicji AWS i UW: gospodarka cieszyła się zainteresowaniem tej koalicji jako rezerwuar wysoko opłacanych posad, ale rzeczywistym priorytetem, co zostało zapowiedziane przed wyborami i o wiele głośniej powtórzone po wyborach, było „dokończenie rewolucji” solidarnościowej. I tego, co teraz mamy, nie powinniśmy inaczej nazywać, jak właśnie dokończoną solidarnościową rewolucją. Czy będzie się troszczył o efektywność gospodarczą, kto stawia sobie cele rewolucyjne, nawet gdyby ta rewolucja była farsą? Przeciw tej rewolucji głoszę hasło „liberalnej kontrrewolucji”, które głosiłem kiedyś przeciw realnemu socjalizmowi.
Minimalizm programu SLD może być konsekwencją słusznej ostrożności, ale obawiam się, że wynika on również z zawężenia polityki do granic wyznaczonych przez zasięg oddziaływania budżetu. Oczywiście, nie można obiecywać, że się da więcej, niż się będzie miało, ale polityka nie polega jedynie na dysponowaniu budżetem. Powiem uwagę ogólniejszą: kraj potrzebuje nie tylko tego, co można mieć za pieniądze. Jeżeli rozejrzymy się po świecie i po historii, zauważymy wiele wspaniałych rzeczy, które nie były opłacone ani wymuszone. Istnieje coś takiego jak dążenie ludzi do poprawienia swojego życia w obu wymiarach: fizycznym i moralnym. Potrzeba estetycznego uporządkowania tego, co już się ma, pojawia się bezinteresownie. Czynnik estetyczny wydatnie podnosi jakość życia.
Obawiam się najgorszego: brzydota naszego kraju, niewydarzona architektura, chaotyczna urbanistyka, brud i hałas w naszych miastach, lasy, rzeki, a nawet rowy melioracyjne zamieniane przez wieśniaków w śmietniska, plugawy język potoczny i literacki – i brak reakcji na to ze strony takich czy innych autorytetów, co razem daje obraz Polski jako kraju nędzniejszego, niż jest, obawiam się, mówię, że wszystko to może być skutkiem etnicznego determinizmu. Gdyby tak było, to tylko siąść i płakać. Ale może tak nie jest. Może nazwanie zjawisk po imieniu sprawi, że ich odrażający sens wzbudzi w społeczeństwie najpierw zdziwienie, potem zastanowienie, a w końcu odrzucenie tego cynizmu, który obecnie jest atmosferą kraju, obezwładniającą ludzi moralnie i tłumiącą przez ośmieszanie naturalną skądinąd, choć nie u wszystkich występującą, potrzebę poprawienia tej cząstki świata, jaka znajduje się w zasięgu działania jednostki.
Pretendującej do władzy lewicy brakuje zainteresowania ideą kultury i ideą cywilizacji. Skazuje ją to na minimalizm i na politykę okołobudżetową. Najważniejsze problemy społeczne zostały zjedzone przez temat „przyjęcie do Unii”. W jaki sposób Unia ma rozwiązać nasze problemy? Że do budżetu wpłyną miliardy euro? Czy istnieje tylko problem, co Unia nam da, a problemu, co my damy Unii, nie ma? Więc co my możemy dać Unii? Nieprzebraną ilość złodziei samochodów? Przestępczość na poziomie mieszkającej w Europie populacji imigranckiej, zbieraniny biedaków z całego świata? W dawnych wiekach zasłużenie złą opinię sarmackiej Polsce wyrabiali nieliczni podróżnicy. Nie pociągało to za sobą zauważalnych skutków. Dzisiejsza śmietnikowa Polska, jeżeli zostanie przyjęta do Unii, będzie oglądana przez całe narody. Łatwo zgadnąć, co one tu zobaczą i jak będzie im się to podobało. Korzystajmy z tego, że jeszcze nie chcą nas przyjąć i przygotujmy się na to święto, które może kiedyś nastąpi.

Wydanie: 28/2001

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy