Po co nam choroba?

WIECZORY Z PATARAFKĄ
Myślę, że najważniejsze pytania, które można by zadać, brzmią: dlaczego chorujemy i dlaczego toczymy wojny? Ba, ale komu je zadać, bo wprawdzie Ewangelia zawiera obietnicę „Pytajcie, a otrzymacie odpowiedź”, ale z jej spełnieniem bywa różnie. Można pytać nauki, biologii, historii, socjologii, ale odpowiedzi będą zawsze różne i niejednoznaczne. A chorujemy wszyscy: ludzie, rośliny i zwierzęta. Jeśli zapytany będzie Absolut, to zapewne usłyszymy, że chodzi o doskonalenie moralne. Guzik prawda. W chorobie jesteśmy drażliwi, małostkowi i nieprzyjemni, cóż to za doskonalenie.
Biologia też się powoła na doskonalenie gatunku i to także będzie szczera lipa. Może po prostu nie warto drążyć w obszarze metafizyki i eschatologii? Jedno jest pewne: choroba jest po to, żeby nas eliminować i niszczyć. To po prostu najstraszniejszy wróg, którego zadaniem jest nas zabić. Być może po to, żeby dać szansę następnym próbom życia. A może i po to, żeby po prostu wyeliminować słabszych, nie dając im szansy rozmnożenia się, co zresztą bardzo wątpliwe, bo choroba nie ma na względzie niczego pozytywnego, jest jedynie skierowanym przeciwko nam ostrzem entropii. Ciekawe tylko, dlaczego ewolucja, mając bezmiary czasu, dopuściła do jej istnienia; co właściwie takiego pochrzaniła, że całe życie ludzkie przebiega na ogół pod znakiem mniejszych lub większych dolegliwości i niedomagań. Nie wierzę w diabła, czyli w upostaciowane zło, ale właśnie choroba wydaje mi się czymś do diabła podobnym. Oczywiście, każdy, kto żyje, ma do czynienia z jej atakami i na ogół do czasu odpiera je zwycięsko, czyli po prostu zdrowieje.
W tym zresztą sensie nie ma w ogóle czegoś takiego jak „cywilizacja śmierci”, na którą z zapałem powołują się duchowni. Odwrotnie, jedna z największych nauk, jeden z największych przemysłów i wysiłków całej ludzkości skierowany jest przeciw chorobie i śmierci. Ogromne majątki przeznaczone na rozwój nauk medycznych, szpitale i przychodnie specjalistyczne, potężny przemysł farmakologiczny służą pomocą w walce z chorobą i śmiercią. Niestety, nie całkiem skutecznie. Cała nasza kultura i cywilizacja współczesna jest przeniknięta walką o życie chyba w stopniu zdecydowanie większym niż w minionych stuleciach. Bo w tej współcześnie toczonej walce jest jakiś promyk nadziei – poznajemy coraz lepiej nasze ciało i być może, co wczoraj było jeszcze nierealne, stanie się prawdopodobne jutro.
Zadziwiające są jednak alternatywne postaci medycyny. To jest zakres, w którym dzieją się autentyczne cuda, bez zapału przyjmowane przez medycynę oficjalną. Ale, co więcej, im bardziej rozwija się medycyna „naukowa”, tym większe równocześnie są sukcesy paranauki – jakby jednak wspomagały siebie nawzajem. Przy okazji wychodzi na jaw, że choć medycyna wydaje się taką potężną nauką, dosłownie w żadnej sprawie nie mamy pewności. Cuda – a one naprawdę się zdarzają – stawiają pod znakiem zapytania wszystkie konstatacje naukowe. Pytanie teraz brzmi: dlaczego cuda nie są regułą, skoro i tak istnieją? Nie wiem, czy kiedykolwiek na to zdoła odpowiedzieć chemia, może prędzej jakaś elektronika organizmu, bo wiemy przecież, że i organizm jest strukturą przede wszystkim energetyczną. A może rację ma hinduizm, że cały świat jest tylko mają – złudzeniem?
W świetle nowoczesnej fizyki nie jest to takie niemożliwe, choć wydaje się szokujące. Gdyby to była prawda, problem choroby staje w zupełnie nowym świetle. Czy choroba – „prześwity” entropii – są jakby dziurami czy przetarciami w powłoce mai? Czy też jest całkiem na odwrót, ponieważ za jej przesłoną w ogóle żadnych chorób i niedoskonałości już nie ma? Zabawne, że w razie przyjęcia dalekowschodniej koncepcji, wszystkie „wartości” stają zgodnie dęba. Jeśli życie jest rzeczywiście tylko karą i utrapieniem, to po co w ogóle je chronić? Myślę, że jednak jest całe mnóstwo powodów, ale przecież nie piszę traktatu.
To w ogóle nie są przyjemne tematy, ale – rad nie rad – każdy człowiek musi je podjąć. Bo ucieczka przed nimi kończy się źle, a po najciemniejszej nawet nocy przychodzi zawsze poranek.

Wydanie: 31/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy