Pożegnanie „Przekroju”

Krakowski „Przekrój” padł. Najstarszy powojenny tygodnik dla czytelników wszystkich sfer likwiduje swą redakcję w Krakowie. Kraj się dowiedział, nic nie powiedział. Pozostaje zatem mnie, wychowankowi tygodnika, a w pewnym okresie również autorowi, napisać felieton pożegnalny.
Zapewne „Przegląd” otrzyma od nowego redaktora „Przekroju” sprostowanie, iż nic takiego się nie stało. Przekrój wiecznie żywy. To dla jego dobra wydawca przenosi centralę do Warszawy, a w Krakowie pozostawia oddział. Zatem przenosiny to szansa, a nie degradacja. Wiech pisał: „Wiadoma rzecz, stolica!”. Jednak dzisiaj zapewne napisałby: „Wiadomo, kasa”.
Tam gdzie kasa, tam prasa. Nowy wydawca obiecuje większe pieniądze na promocję, honoraria i zapewne na pensję redaktora naczelnego. Może finansowa kroplówka uratuje tygodnik, ale przecież nie uratuje „Przekroju”, jaki znamy. Czytelnicy pod tym samym tytułem znajdą inne pismo. W Warszawie z pisma pozostanie wydmuszka; dawny tytuł jako skorupka, ładnie polakierowana, ale pusta wewnętrznie. Może to i dobrze, inne czasy, inne treści, inni czytelnicy.
„Przekrój” w powojennej Polsce przez dziesiątki lat wypełniał swoistą misję cywilizacyjną. Wzorując się na francuskim „Paris Matchu”, odgrywał w kraju nad Wisłą znacznie większą rolę niż jego model znad Sekwany. W Paryżu biło serce światowej mody, kwitła awangarda artystyczna i literacka, mnożyły się prądy filozoficzne, wszystko doprawione tradycją francuskiego libertynizmu i erotyzmu. Champs Elysées, Montparnasse, Saint Germain, rive gauche, a także Olimpia i plac Pigalle były miejscami kultowymi, znanymi ówczesnemu polskiemu inteligentowi dzięki „Przekrojowi” – oknu na świat naszego socjalistycznego baraku.
Gdy po 1989 r. Polak uzyskał szansę osobistego kontaktu z przekrojową „Francją-elegancją”, okazało się, że tej Francji już nie ma. Dzisiaj to Nowy Jork, a nie Paryż, jest stolicą awangardy: zarówno plastyki, jaki i mody; a kalifornijska Krzemowa Dolina, nie rive gauche, wprowadza programy, które zmieniają świat i otwierają okna na nowe milenium. To Carnegie Hall, a nie Olimpia, jest marzeniem polskich kapel i piosenkarzy.
Zatem „Przekrój” dla utrzymania się w swej roli kulturalnego przewodnika inteligencji musiałby się – o horrorze! – przeorientować z Francji na Amerykę. „Przekrój” w Krakowie nie mógł tego zrobić, choćby z powodu tradycyjnej niechęci krakowskich elit do amerykańskiej popkultury. Ta zaś okazuje się silniejsza niż tradycja europejska – McDonnald`s wbrew silnemu sprzeciwu krakowskiej inteligencji otworzył restaurację przy Rynku Głównym! Cóż w tym dziwnego, przecież nazwa Rynek Główny wskazuje na funkcję tego wspaniałego placu, miejsca targu i konsumpcji, a nie kontemplacji sztuk pięknych.
„Przekrój” krakowski jest ofiarą sił rynkowych. Gdy po 1989 r. przestały działać regulacje cenzuralne, ograniczenia papieru i niedostatki technologii, pierwszymi wielkimi inwestorami byli wydawcy z wymarzonego Zachodu. Kto ma kasę, ma i prasę. Jak grzyby po deszczu pojawiły się bajecznie kolorowe, atrakcyjne, tanie pisma ilustrowane. Nic to, że były głównie kalkami pism zagranicznych. Czytelnik nie patrzy na stopkę redakcyjną, ale na okładkę. Na niej eksponuje się nie kulturę, ale sensację.
W obliczu konkurencji „Przekrój” pozostał bez szans. Lojalni czytelnicy pozostawali wierni tygodnikowi, ale – jak moja matka – stopniowo odchodzili. Nowi nie przybywali w dostatecznej liczbie, bowiem przyciągała ich popkultura sterowana przez reklamę i marketing. O ile inteligencja w swych wyborach często kierowała się zdaniem znawców, krytyków, pism opiniotwórczych, a często i zwykłym snobizmem, to nowe pokolenie Polaków ulega bardziej sile zorganizowanej promocji oraz opinii rówieśników. Marketing, a nie sąd krytyków, kształtuje ich upodobania i zachowania.
Jeśli „Przekrój” w Warszawie przetrwa, to w wyniku zabiegów marketingowych, a nie utrzymania dawnego profilu. Ten bowiem był kształtowany przez krakowski genius loci, który sprawia, że w tym mieście raz po raz pojawiały się kulturowe niespodzianki. Lem, Penderecki, Preissner, Teatr Stary, a z lżejszej muzy Piwnica pod Baranami i Demarczyk – przykłady najbardziej znane i oklepane.
Czy Kraków, tracąc kolejne pismo, traci kolejną kulturalną szansę? Nie sądzę. Być może wawelski czakram sprawia, że ciągle jeszcze nie brak ludzi, którzy nadają miastu polot i polor. Chociażby Krzysztofa Jasińskiego, animatora krakowskiej kultury. To człowiek-orkiestra, a w nowej terminologii człowiek-multimedialny. Aktor, reżyser, dyrektor kultowego studenckiego, a obecnie impresaryjnego Teatru Stu. Niegdyś organizator wielkich, podwawelskich widowisk plenerowych. Teraz głównie organizator i showman telewizyjnych programów w Dwójce. Benefisy zrodzone z ducha „Przekroju” stały się przesympatycznym spotkaniem przyjaciół dla oddania hołdu znanym, lubianym i zasłużonym ludziom kultury. Gdy mamy dosyć mordobicia w filmach telewizyjnych, dają szansę powrotu w świat wielkich artystów polskich – ludzi miłych i sympatycznych.
Krzysztof był także dyrektorem Krakowskiego Ośrodka Telewizyjnego, ujawniając talent menedżerski i programowy. Łatwo znaleźć jeszcze wiele dobrych słów o tym jasnym punkcie krakowskiego krajobrazu, ale boję się, że wykrakam jego awans. Ostatecznie to z Krakowa pochodził najlepszy minister kultury, profesor Aleksander Krawczuk. Zrozumiałe, że polityczni łowcy głów na pewno zwrócą na Jasińskiego swą uwagę. Życząc mu jak najlepiej, chciałbym sparafrazować słowa Andrzeja Sikorowskiego, barda zespołu Pod Budą: „Nie przenoście nam Krzysztofa do Warszawy”. Ale przecież jest regularnym pasażerem na trasie Kraków-Warszawa, zatem przywykł do wyjazdów i powrotów.

Wydanie: 39/2001

Kategorie: Felietony

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy