Kadrowe zbuki

Kadrowe zbuki

Piętnastu miesięcy potrzebowało Prawo i Sprawiedliwość, by odrzeć ze złudzeń tych wyborców, którzy liczyli na rządy fachowców. Na rządy ludzi kompetentnych i dobrze wykształconych. No i oczywiście o całkowicie nieposzlakowanej opinii. PiS miało mieć takich kandydatów bez liku. Sporo Polaków czekało więc na ten desant fachowców. I doczekało się desantu. Tyle że zupełnie innego. Przyjrzyjmy się twarzom PiS. Kim są ci ludzie?
Ponury dopingowicz, były chodziarz Tomasz Lipiec, rzucony, jakże by inaczej, na uzdrawianie sportu, zajmuje się głównie ściganiem prof. Smorawińskiego i PZPN. Człowiek, który ma problemy z rozróżnianiem tak skomplikowanych problemów etycznych jak to, czy wolno mu płacić za swoje urodziny kartą płatniczą Ministerstwa Sportu, ogłasza się jedynym sprawiedliwym. Obsadzenie Lipca w roli odnowiciela moralnego to jak zatrudnienie kieszonkowca w szatni. Z naszego polskiego wynalazku, czyli dopingowicza ministra, śmieją się w najbardziej egzotycznych krajach świata. Tylko sportowcom nie jest do śmiechu. Wprowadzenie kuratora do PZPN, jest jeśli nie głupotą, to celowym pozbawieniem Polski szans na organizację piłkarskich mistrzostw Europy w 2012 r. wspólnie z Ukrainą i wyeliminowaniem drużyny Beenhakkera z rozgrywek.
Albo inny zaufany premiera Kaczyńskiego – minister skarbu Wojciech Jasiński, kadrowiec o mentalności stupajki, mający w głębokiej pogardzie prawo i ustawy sejmowe. A ludzi traktujący bardziej arogancko od Gogolowskiego prowincjonalnego kacyka z carskiej guberni.
Na media, główny oręż PiS w zwalczaniu wrogów, skierowano Elżbietę Kruk ze ścisłego grona najwierniejszych, czyli byłych pracowników NIK. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji przechodziła różne kryzysy i nie brakowało w niej cymbałów, o których zresztą pisaliśmy w „Przeglądzie”. Ale tak stronniczego i służalczego wobec władzy urzędnika państwowego nigdy tam nie było. Za to, co przewodnicząca Kruk zrobiła z mediami publicznymi, powinna kiedyś stanąć przed Trybunałem Stanu. Przy jej udziale media publiczne są demolowane przez desygnowanych przez nią na funkcje kierownicze ludzi, którzy brak kwalifikacji uważają za cnotę, a bezczelność i poniżanie innych za normę działania. KRRiTV jest całkowicie ubezwłasnowolniona. Po raz pierwszy w historii nie ma w jej składzie nikogo z opozycji.
Pisanie o najnowszym nominacie PiS, Sławomirze Skrzypku, prezesie NBP, którego wstydzą się bronić nawet najgorliwsi wyznawcy braci Kaczyńskich ulokowani w „Dzienniku”, czy o minister Fotydze nie ma wielkiego sensu. Ich jedyną zaletą wydaje się to, że każdego dnia przysparzają PiS przeciwników. Jarosław Kaczyński o tym wie i pewnego dnia potraktuje część swoich pretorian tak jak byłego premiera Marcinkiewicza, któremu już zapowiedział, że nawet nie kiwnie palcem, by mu załatwić robotę. Nie jest to oczywiście wynik oceny kompetencji byłego premiera, bo to dla PiS było i jest bez znaczenia. Najważniejsze i jedyne kryterium przydatności to zaufanie braci Kaczyńskich. Marcinkiewicz nie był wystarczająco wierny i gorzko tego pożałuje.
PiS odzyskało już MSZ, później NBP, Orlen i PZPN. Ma też poważne plany wobec Episkopatu. Co więc zostanie do zdobycia?
Internauci politykę kadrową PiS określają mianem kliki prowincjonalnych przeciętniaków i zawistników. Pewien kucharz porównuje te kadry do jajek. Z daleka wyglądają świeżo, a jak się powącha, to czuć, że to same zbuki.

Wydanie: 4/2007

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy