Przyczynek do onomastyki polskiej

Przyczynek do onomastyki polskiej

Z pomnikowego „Słownika nazwisk współcześnie w Polsce używanych” Kazimierza Rymuta dowiadujemy się, że zamieszkuje w kraju 38 290 obywateli noszących nazwisko Duda (w czym mieszczą się oczywiście Dudowe, Dudówny i inne odmiany rodzinne). Najwięcej jest Dudów w Krakowie, Tarnowie i okolicach, ale znajdą się nawet na Suwalszczyźnie, co pozwala wpisać ich pomiędzy gatunki ogólnopolskie.

Wbrew pozorom miano osobowe Duda nie pochodzi od ludowego aerofonu stroikowego, zwanego też kozłem, bąkiem lub gajdami, ale bardziej po ludzku od określenia lichego grajka, fałszującego muzykanta, cymbała, fujary, głupca (vide „Słownik języka polskiego” pod redakcją Witolda Doroszewskiego i „Nazwiska Polaków” Kazimierza Rymuta). Mówi np. bohater „Cudzoziemczyzny” Aleksandra Fredry: „Młody śmieje się w duszy, drwinki sobie stroi, a stary kiwa głową i jak duda stoi”. W „Zabobonniku” Franciszka Zabłockiego znajdujemy z kolei: „A ty smorgońska dudo! znaj, żem z ciebie drwiła”. Zresztą badając pochodzenie nazwisk, na niemałe natrafiamy niespodzianki. Na przykład Kaczyński (11 188 osobników w Polsce) nie ma nic wspólnego z utrwalonym już w języku narodowym kaczorem – bierze się z kaczania, czyli taczania się, przewracania, chlapania wodą, drażnienia. Tylko kaczydło, czyli bajoro, zbliża Kaczyńskich do ptaków wodnych („Słownik etymologiczny języka polskiego” Aleksandra Brücknera). Kukiz (tylko 50 osób w Polsce, najwięcej w Wałbrzychu) wprawdzie od kukania pochodzi, ale raczej nie kukułczego, tylko od kukać – narzekać, być w marnej sytuacji. Biedroń (1636 egzemplarzy między Odrą a Bugiem) to w niektórych dialektach ludowych męska wersja biedronki siedmiokropkowej (Coccinella septempunctata), odnotowana przez Oskara Kolberga, albo pstry byk („Słownik etymologiczny języka polskiego” Franciszka Sławskiego). Z Morawieckimi (sztuk 385) spore kłopoty. Najczęściej nazwiska od krain i dużych miast nadawano przechrztom (Jan S. Bystroń, „Nazwiska polskie”). Istnieją jednak w Polsce dwie wsie Morawice. Jedna zaledwie 4 km od krakowskiego lotniska Balice, druga pod Kielcami, przy drodze na Pińczów, bogata w zespół dworski z XIX w. Ich dziedzice mogli też nosić miana przypominające o posiadanym majątku. Same Morawice pochodzą od morawy – terenu podmokłego, podobnie jak czeskie Morawy, ale to już od Morawieckich rzecz odległa.

Wspomnieliśmy, że Kukizów w Rzeczypospolitej tylko 50. Owa elitarność jest wśród polityków naszych wręcz powszechna. Wprawdzie Kosiniaków żyje w ojczyźnie 126, a Kamyszów aż 426, ale Kosiniaków-Kamyszów jest już ledwie 10. Giertychów mamy 73 – prawie wszystkich z Wielkopolski, Macierewiczów – 31, przeważnie warszawiaków, Jakich – 16, w tym sześciu z Opola, Czaputowiczów – 13. Z tej perspektywy 720 Tusków to już potęga, chociaż 15,5 razy mniej niż Kaczyńskich, 53 razy mniej niż Dudów, a nawet prawie cztery razy mniej niż Szydeł i trzy razy niż Ziobrów, czyli żeber. Cóż dopiero mówić o trzech tylko w całej Polsce Kennedych i Newtonach, dwóch Achillesach, Mahometach, Molierach, Neronach i Carterach… Ale nawet zupełnie osamotniony Kasandra w okolicach Warszawy, Bonaparte w Zielonogórskiem, Casanova w Bielskiem czy Gagarin w Chełmskiem to jeszcze coś wobec Schetyny.

Nikogo bowiem takiego jak Schetyna w Rzeczypospolitej nie ma, po prostu nie ma. Jest jeden Szetyna w Częstochowskiem, 55 Szetyńskich, dwóch Setterów, jeden Setonowicz, 15 Schererów, 16 Schewiorów, 33 Schewów i osamotniony Setorek. Jest nawet w Warszawie Setoguchi, w Jeleniogórskiem Satyna… Schetyny, choćbyś w korcu maku szukał – nie znajdziesz.

Stawia to wiele bolesnych i trudnych pytań. Dla premiera Mateusza Morawieckiego nie było przed 1989 r. Polski. Bogać tam, stare dzieje. Oto okazuje się w naszych czasach, dzisiejszych dniach i w przeddzień wyborów europejskich, że nie ma Schetyny. Nie ma go ani u Rymuta będącego w tej dziedzinie autorytetem niepodważalnym, ani u żadnego innego onomasty. No nie ma! Okazuje się Schetyna bytem wyimaginowanym i nieudokumentowanym. Oczywiście znajdą się wygrzebani skądś przez Platformę potakiwacze, którzy zarzekać się będą, że widzieli go w naturze albo w telewizorze. Z łatwością dostarczyć można jednak równą liczbę świadków, którzy istnienia Schetyny nigdy nie doświadczyli i w najlepszej nawet wierze powątpiewać mają prawo w jego istnienie. Dodajmy „historyków” z IPN, którzy przyjmą tylko drugą rzeczy wersję i zasypią księgarnie broszurami o Schetynie mniemanym. W końcu nie takich już cudów dokonywali. Oczywiście mogą go uznać za jakiś byt pośredni, gdyż zasłużył się w końcu (ale czy naprawdę on?) i jako rycerz dekomunizacji, i jako lizusek przykościelny, i wreszcie ten, który odkrył, że Auschwitz wyzwolili Ukraińcy, a nie jakaś tam okupacyjna Armia Czerwona. Gdzie go jednak szukać? Może był, ale zginął w smoleńskim zamachu i Putin zatarł po nim ślad wszelaki? Może był czerwony (koalicja z Czarzastym) i go definitywnie zdekomunizowano? Może go diabli wzięli do siebie za sojusz z feministkami? Nic do końca nie wiadomo: człowiek to czy mara? Meduza czy polityk? Byt czy niebyt? Czy istnieć mogą twory nienazwane?! W Rzeczypospolitej – powiadają – wszystko jest możliwe. Ileż to jednak zrodzi problemów, iluż pozwoli zakiełkować pełnym mowy nienawiści nowym podziałom narodowym!

Mnie to jednak nie dotyczy. Dla koalicji lepiej by zapewne było, żeby Schetyna nie istniał i nie odstraszał wyborców swoją charyzmą. Kaczyński z tych samych powodów wolałby, żeby istniał właśnie. Jest mi to najzupełniej obojętne. Jeśli Schetyna wychynie z niebytu, i tak nie odgadniesz, w jakiej formie i jakim kolorze będzie. Byle nie okazał się strzygą, bo strzygi gryzą. Na szczęście podobno też nie istnieją.

Wydanie: 17-18/2019

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy