Samotność prezydenta

Samotność prezydenta

Drewniany, często stary i zbutwiały, albo metalowy, mocno przeżarty korozją krzyż to widok, który zna każdy, kto choć trochę jeździ po Polsce. Nie trzeba zresztą dalekich wypraw. Takie zaniedbane i zapomniane krzyże mamy często w zasięgu wzroku. I jakże te tysiące kontrastują z tym jednym jedynym, który postawiono na Krakowskim Przedmieściu, by samozwańczy komitet, za którym schowali się politycy PiS, mógł przez parę miesięcy pleść, co tam komu do głowy przyszło. Nie chodziło przecież o krzyż. Chodziło i chodzi o pomnik. I to nie pomnik ofiar katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem, ale o pomnik ku chwale Lecha Kaczyńskiego. Nie wystarcza Wawel. Pomnik na Powązkach to też za mało, trzeba więc jeszcze jednej okazałej budowli. Przed miejscem jego ostatniej pracy, przed Pałacem Prezydenckim. By to wymusić, zapowiadano gotowość wznoszenia tam modłów aż do skutku. Modły pod miejscem pracy to nieznany w świecie autorski wynalazek Prawa i Sprawiedliwości. Tak unikalny, że powinien być rozszerzony o inne miejsca. Jest przecież siedziba NIK i Urząd Miasta Stołecznego. W tym ostatnim przypadku można byłoby jeszcze dołączyć coś ekstra. Zbiorowe przeprosiny za zapaść stolicy, do jakiej doprowadziły wyjątkowo nieudolne rządy Lecha Kaczyńskiego. Z pewnością organizatorzy takich przeprosin mogliby liczyć na zainteresowanie mediów i wiele kamer telewizyjnych. Bo przecież o te kamery przede wszystkim chodzi paniom i panom bogato wyposażonym w akcesoria religijne, prawdziwym obrońcom jedynie prawdziwej wiary. Modlitwa w kościele nie ma dla nich wystarczającego uroku. Co było widać po pustych kościołach w okolicy Krakowskiego Przedmieścia. Tak pustych, że mogliby się w nich zmieścić wszyscy obrońcy krzyża wraz z rodzinami i sympatykami. Ale nie o to przecież chodziło. Pokaz szczerej wiary musi mieć w Polsce jak największą widownię. I długo miał. Za długo trwała ta świadomie prowokowana anarchizacja w samym centrum miasta. Dobrze więc się stało, że prezydent Komorowski przerwał te awantury i uciął plany eskalacji konfliktu. Komu by taki scenariusz był na rękę? Tym, którzy nie wahali się instrumentalnie traktować grupki ludzi, która uwierzyła, że bez jej udziału w obronie krzyża zagrożona będzie wiara katolicka w Polsce.
Z ustawianiem krzyża w roli politycznego zakładnika nie potrafił sobie poradzić Episkopat. Płaci więc kolejne rachunki za mariaż z PiS. I za to, że nie chciał wesprzeć wysiłków abp. Nycza szukającego kompromisowych rozwiązań.
Bronisław Komorowski mógł się przekonać, że przy rozwiązaniu trudnych problemów będzie skazany na samotne decyzje i osobiste ryzyko. Tam, gdzie poglądy są mocno spolaryzowane i gdzie rządzą emocje podkręcane przez opozycję, nie ma co liczyć na realne wsparcie instytucji rządowych, kościelnych czy samorządowych. Decyzje trzeba będzie podejmować na własne ryzyko polityczne, bez zbędnej kalkulacji i kunktatorstwa. Przeniesienie krzyża aprobuje większość Polaków. I to jest dla prezydenta komfortowa sytuacja. Nie kończy ona jednak kłopotów, bo PiS zrobi wiele, by z konfliktu o krzyż wycisnąć, ile się jeszcze da. Kosztem przede wszystkim rodzin ofiar katastrofy pod Smoleńskiem.

Wydanie: 38/2010

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy