Co i jak leży dobrze w języku

Co i jak leży dobrze w języku

Najlepiej na inne kultury przekłada się muzyka. Ona też skądś pochodzi, ma kontekst, źródło i wcale nie zawsze jest uniwersalna. Ale odwołuje się bezpośrednio do emocji, do naszej pozajęzykowej wrażliwości. Muzyka, jak wiadomo, najłatwiej wzrusza, najpełniej obejmuje i najtrudniej jej się oprzeć. Rytm jest fizjologiczny, zestraja się z pulsem, wprowadza w trans – przy nim chętniej ulegamy mocy rytuału. Obraz też dobrze się przekłada, zwłaszcza teraz, w czasach „płynnej nowoczesności”, kiedy łatwiej odczytać konteksty, kiedy grupy tożsamościowe tworzą się raczej z pominięciem granic państw i narodów – nieterytorialnie. I ludzi zaczyna łączyć bardziej wspólna wrażliwość, postawa wobec rzeczywistości, podobne wartości niż język czy granice kraju. A sieć umożliwia im globalną komunikację. Sasnal, Bujnowski, Bałka – to nasze towary eksportowe, doskonale odczytywane gdzie indziej. Kolekcjonerzy chętnie kupują polską sztukę – nie tylko abstrakcyjną.

Naturalnie najtrudniej przekłada się z języka na język, a już zupełnym szaleństwem jest przekładanie poezji, która skupia się na własnym medium, na sobie, lubi dwuznaczności i odwołania, lubi gadać z innymi wierszami, mnożyć konteksty i często niekoniecznie od razu dba, żeby być zrozumiałą nawet we własnym języku. Bo jak przełożyć jednocześnie melodię wiersza, znaczenia, zmyłki, przywoływane odległe symbole, powiedzonka? Jak w innym języku oddać zabawę idiomami, metaforami, które bywają zbudowane także na skojarzeniach dźwiękowych? Część poetów skrycie uważa, że przekład jest właściwie czymś niemożliwym i tłumacz pisze po prostu własny wiersz na motywach oryginału – wykorzystując maksymalnie swoją intuicję, wiedzę, wrażliwość i inteligencję, a także – koniecznie – językowy słuch. Dlatego najlepiej, żeby tłumacz wiersza także był poetą. Frajdą intelektualną jest porównywanie różnych przekładów tego samego wiersza.

Poeta i tłumacz Piotr Sommer przekładał Amerykanina Johna Berrymana, ale polszczyzna ma także przekłady Stanisława Barańczaka. Dzięki temu możemy się przyjrzeć, jak to zrobili. Który z nich był bardziej potoczny, który bardziej żartobliwy? Jak poradzili sobie z tym lub owym? Bo przecież do przekładu przedostają się także ich – Sommera i Barańczaka – rytmy, poetyckie namiętności, charakter, a nawet pogląd na to, czym tak naprawdę jest dobry wiersz. Sprawa z przekładami jest zresztą skomplikowana na wielu poziomach. Są bowiem polscy poeci, którzy dobrze – lepiej niż inni – funkcjonują np. w angielskim. A nawet brzmią po angielsku lepiej niż po polsku i zdarza się, że robią tzw. karierę za granicą. I odwrotnie – są tacy, których trudno jest przełożyć, ich wiersze przeglądają się w sobie jak w lusterku i nie chcą brzmieć w obcych językach: okazuje się, że wycieka z nich poezja i jest jak filmie – lost in translation. Ale przecież przetłumaczono „Finnegans Wake” Jamesa Joyce’a, a teraz Jerzy Jarniewicz przełożył jego „Hotel Finna”. „Berkeley, boss nad bossy panboskiej ferajny, zdziojdziały arcydruid irlandzkiego bozibozikultu, w swojej heptachromatycznej, siedmiobarwnej opończy czerpożółzieniebindyfiowej wyjaśniał tedy Patrykowi, walbionemu i wmilczonemu, czym są iluzyje barwnego boziświata (…)”. Sami państwo rozumieją, trudna sprawa dla tłumacza (oklaski).

Wiadomo, że przede wszystkim tłumaczom zawdzięczamy obecność innych literatur i światów w naszej kulturze, ale nie wszyscy wiedzą, że zazwyczaj to oni wyszukują i wybierają to, co warto przełożyć. I kiedy czytamy po polsku bardzo współczesne wiersze hiszpańskiego poety Pabla Casada, to dlatego, że wybrał go poeta i tłumacz Marcin Kurek. Bo mu Casado dobrze leżał w języku polskim, bo uznał, że to artysta na wskroś współczesny, który pisze o elementach naszego świata: o samochodach, nie nenufarach, o problemach z forsą, nie o kapłankach Boga Słońce, o tobie i o mnie. I mówi do nas wprost. Poza tym Hiszpanie też mieli swój przewrót, zmianę estetyk i tonów, także czytali słynnych Anglosasów – bitników, Bukowskiego, T.S. Eliota, Carvera i innych. Patrzą w tym samym kierunku co my. Ale dopiero kilka dni temu pod tytułem „Republica poetica 1.0. 111 wierszy” ukazała się antologia współczesnej poezji hiszpańskiej pod redakcją Marty Eloy Cichockiej. Poezja niełatwo się przekłada, a przecież to ciekawe, jak piszą nasi sąsiedzi, jak sobie radzą poeci z odleglejszych krajów. Czy używają podobnych narzędzi? Czy ich wiersze rozgrywają się w bliźniaczych dekoracjach? Dzięki wam, słabo opłacani, ukryci za tekstem tłumacze. Bez was kultura byłaby płaska jak naleśnik.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy