Na scenie Toskanii

Na scenie Toskanii

Część wielkiej rewolucji cywilizacyjnej, która ciągle trwa, to też turystyka na ogromną skalę i to, jak zmienia ona tych, którzy zwiedzają i są zwiedzani. Modne i powszechne stały się w Polsce tanie loty w świat, na weekend lub na kilka dni. To szybko uzależnia. Znam ludzi, którzy tak fruwają co miesiąc i nie potrafią już żyć inaczej. Jest coś karkołomnego w takich wyprawach na chwilę, gdyż prześladuje nas myśl, że należy zobaczyć i posmakować jak najwięcej, a czasu tak mało. Podobny pośpiech cechuje umierających, to łakomstwo ostateczne. Co miało być relaksem, staje się stresem. Dlatego teraz mocne postanowienie: żadnych muzeów, chociaż kocham malarstwo. Być w Pizie i nie zobaczyć Krzywej Wieży – to też nam się udało!

I właśnie w Pizie pożyczyliśmy na lotnisku malutkiego peugeota. Nostalgiczne uczucie, że znowu jestem młody i jadę przez Europę swoim małym fiatem, ale już bez gorzkiego przekonania, że jestem gorszy, gdyż przybyłem z chorego miejsca Europy. Teraz wprost przeciwnie, nieustannie się złoszczę na włoski bałagan i zwyczaje, na stacje benzynowe rzadkie i martwe. U nas pulsują życiem. Myślałem, że tam ciągle ta cholerna sjesta, a okazało się, że są samoobsługowe. Jakiś Włoch, który pomagał nam po raz pierwszy zatankować, śmiał się: no tak, już macie problem z włoskim bałaganem. Irytowało mnie, że tak mało sklepów z jedzeniem, u nas ich bez liku i zawsze otwarte. Fatalne oznakowanie dróg… Można by tak długo wyliczać, ujawniając przy okazji polskie wady – czepliwość i malkontenctwo podszyte kompleksami. Za to jaka ulga, że w Toskanii nie ma wysypki reklam, że udało im się ocalić krajobraz. Jest taki jak ten z dawnych obrazów: takie same cyprysy i pinie na łagodnych, ale charakterystycznych wzgórzach, twierdze-miasta jak gniazda na wysokich wzniesieniach. A przecież nowa włoska architektura jest na ogół nędzna. Dlaczego zaginął w nas geniusz dawnych budowniczych? W Toskanii na szczęście jest nakaz budowania podobnie jak kiedyś, ma być zawsze czerwona dachówka.

W każdym zabytkowym toskańskim mieście reklamuje się muzeum tortur, tu jak w mediach potrzebna jest sensacja, ona dobrze się sprzedaje. Współczesna turystyka to upowszechniona chęć zobaczenia wszystkiego, co ciekawe, czyli co zostało uświęcone przez przewodniki, media i jest w kanonie zwiedzania. Turystyczna namiętność obejrzenia, dotknięcia, sfotografowania, a więc zdobycia. Ale zdobycz nasza z natury rzeczy jest szczątkowa i ulotna, więc zawsze zostaje nienasycenie, a nawet poczucie porażki. Współczesny turysta przypomina samca, który chce mieć wszystkie kobiety, a przecież ma już żonę, trudną kobietę, z którą nie może sobie poradzić. Współczesny turysta wie, ale w swoim zapale zapomina, że zwiedzając, jest na scenie teatru, którego dekoracja i obsługujący ją aktorzy odgrywają spektakl, by wyciągnąć od niego pieniądze. Wrażliwi na sztukę szybko się zorientują, że są wrabiani, że to przedstawienie, że w autentycznych dekoracjach grana jest współczesna bełkotliwa sztuka, więc nasyciwszy się sceną, zaczynamy szukać kulis tego teatru. Dzisiaj przecież tak cenimy nagą prawdę i autentyczność.

Czasami wystarczy tylko zboczyć z głównych szlaków, gdzie rzeki ludzi, choćby o dwie uliczki – i już taki spokój. Wtedy ujawniają się tubylcy, choćby ich krzykliwość, którą znamy tak dobrze z kina włoskiego realizmu z lat 50. I zamiłowanie do publicznego dialogu – z chodnika lub placu rozmawia się z kimś na wysokim piętrze, co nadaje rozmowie charakter publiczny i sensacyjny. W Lukce w katedrze naprawdę ślub, jak pięknie brzmi msza po włosku. Na progu Cortony powitał nas szczur. Ruszał się dostojnie na tle średniowiecznego domu. Moja żona, która śmiertelnie boi się myszy, a szczur to mysz wielokrotna, zachowała się nadzwyczaj spokojnie, też dlatego, że szczur wydawał się poczciwy, jak w „Ratatuju”. A jednak był autentyczny, jego daleki przodek patrzył bezczelnie w oczy Etruskom, Rzymianom, Longobardom i bogom włoskiego renesansu. W pięknym San Gimignano, gdzie mieszkaliśmy, trochę z boku pusty placyk, gdy na pobliskim placu Cysterny tętni życie, chociaż już po północy. Dzieciom południa jednak nie przeszkadza późna godzina, przybiegła ich spora grupka. Dziewczynki i chłopcy, ale trzymają się osobno. Dziewczynki są nieco starsze, skupione na tabletach i komórkach, chłopcy siadają w kole i zaczynają odliczać, bawią się w chowanego. Dochodzi do konfliktu, na kogo wypadło. Jeden wstaje, zachodzi od tyłu tego, co odliczał, i kopie go z całej siły w plecy. Potem na powrót siada. Kopnięty wstaje, trzymając się za bok, i odwdzięcza się takim samym kopniakiem. Z grupy dziewcząt wezwana zostaje siostra jednego z chłopców, by rozstrzygnąć, kto ma rację. Jedną ręką bierze się pod bok, na pewno naśladuje mamę, tłumaczy i rozstrzyga spór. Tak od tysięcy lat toczy się gra w wojnę i pokój.

A w Polsce bardzo przyjemnie, czysto, dostatnio i swojsko. Byle nie słuchać naszych polityków.

Wydanie: 29/2015

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy