Za Niemen, za Niemen

Za Niemen, za Niemen

Czy finansowanie opozycjonistów na Białorusi przez polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych powinno być jawne czy tajne? Zamiłowani w tajności przedstawiciele partii PiS krytykują resort Radosława Sikorskiego za ujawnienie tego finansowania. Sekret wydał się jednak nie dzięki polityce jawności, lecz wskutek niestaranności urzędniczej. Ministerstwo jest także za tajnością, musi to jednak inaczej nazywać, ponieważ środki publiczne nie mogą być wydawane tajnie. „Dane o pomocy wschodnim opozycjonistom nie powinny się znaleźć w domenie publicznej”, oświadcza eufemistycznie rzecznik ministerstwa, p. Marcin Bosacki („Gazeta Wyborcza”, 25.10.2012). Aby ominąć prawny zakaz tajności takich działań, rzecznik proponuje synonim „delikatne”. Nie ujawniamy, aby nie ranić czyichś uczuć.
Jakim celom mają służyć organizacje białoruskie finansowane przez polski rząd? Według tego, co wyczytałem w „Gazecie Wyborczej” (data jak wyżej), wśród tych celów znajduje się „osłabianie długofalowej polityki reżimu”, „zmniejszanie aktywności funkcjonariuszy reżimu”, „tworzenie centrów nacisku na władze”. Jeżeli tak ukierunkowane działania są na Białorusi legalne, to znaczy, że kraj jest rządzony, jeśli nie demokratycznie, to przynajmniej liberalnie. Jeżeli legalne nie są, to znaczy, że Polska inspiruje tam i finansuje konspirację.
Zasada, że w czasie pokoju niedopuszczalna jest ingerencja w sprawy wewnętrzne innego państwa, nigdy nieprzestrzegana zbyt skrupulatnie, w naszych czasach została dodatkowo osłabiona konwencjami międzynarodowymi i globalnym humanitaryzmem. Nie godzimy się na suwerenność krajów, w których dochodzi do masowych prześladowań z takiego lub innego powodu, robiąc wyjątek tylko dla państw posiadających broń nuklearną i wystarczająco szalonych przywódców, aby jej użyć. Białoruś broni nuklearnej nie posiada, zatem gdyby Łukaszenka ośmielił się wymordować, powiedzmy, pół miliona Białorusinów lub zamknąć ich w obozach koncentracyjnych, „społeczność międzynarodowa” nie tylko miałaby prawo, ale wprost byłaby zobowiązana do zbrojnej ingerencji. Inna sprawa, że „społeczność międzynarodowa”, zanim rozpocznie humanitarną wojnę, sporządza biznesplan i ingeruje albo nie, zależnie od tego, czy jej się to opłaca, jak w byłej Jugosławii, czy nic nie daje, jak w Rwandzie.
Polskie media w swoich ogólnych opiniach głoszą, że na Białorusi panuje straszliwa tyrania, natomiast w doniesieniach o konkretnych faktach informują, że istnieje tam legalna opozycja, że przeciwnicy reżimu mogą podróżować po świecie (jedynie niektórzy zwolennicy nie mogą), że dysydenci jednego dnia są zamykani, a za parę dni wypuszczani, że ciężko prześladowany redaktor Poczobut pisze, co chce, nie odmawiając sobie przyjemności znieważania głowy państwa, za co i w Polsce przewidziana jest kara, itd.
Jakie rozumowanie doprowadza polski rząd do wniosku, że trzeba prowadzić działania konspiracyjne przeciw białoruskiemu państwu? Nie ma tu żadnego rozumowania. Ta polityka jest imitowaniem tego, co w biografii formacji posiadającej dziś władzę i opozycję należało do najrozkoszniejszych przeżyć – było się jednocześnie w „konspirze” i na świeczniku, uprawiało się rzeczy tajne, ale taką tajnością, żeby wszyscy wiedzieli, i dostawało prawdziwe pieniądze z Zachodu. To jest matryca, którą Polska reprodukuje w swojej polityce wschodniej. Nie wszystko, co robi Ministerstwo Spraw Zagranicznych, jest błędne – w złą stronę popychają dyplomację media opanowane przez ludzi o mentalności blokersów niewyobrażających sobie życia bez robienia hecy. Białoruskim uczestnikom legalnej konferencji ministerstwo wypłaciło legalnie skromne diety i dopełniło formalności. Dziennikarze narobili rabanu, bo uznali, że wypłatę należało zakonspirować. Na wschodzie – na Białorusi i Ukrainie robimy rzeczy chwalebne, ale nie powinniśmy dać się złapać za rękę.
Białoruś to dawne Wielkie Księstwo Litewskie. Litwa właściwa prócz nazwy, jak wiadomo, niewiele do tego księstwa wniosła. Białoruś się z Wielkim Księstwem utożsamia, a Litwa nie. Białorusini, gdyby się szybciej narodowo ocknęli, mieliby swoją stolicę w Wilnie. Litwini przyswoili sobie Wilno za pomocą polityki historycznej, ale niezgodnie z historią. W tej mierze, w jakiej Białoruś czuje się spadkobierczynią Wielkiego Księstwa Litewskiego, a więc części Rzeczypospolitej, łatwiej byłoby ją przeciągnąć na stronę Unii Europejskiej niż Ukrainę, która i przed Chmielnickim, i po Chmielnickim czuła się zniewolona przez Polskę i aż do UPA włącznie wypowiadała Polakom co jakiś czas straszliwe wojny – rzezie. Niczego takiego nie było między Polakami i Białorusinami. Obecne różnice w pojmowaniu demokracji są bardziej folklorystyczne niż polityczne. A gdyby nawet były ważne – skąd się w polskim rządzie bierze chęć wprowadzania „prawdziwej” demokracji na Białorusi? Polska polityka wschodnia jest błędna od elementarnych przesłanek do końcowych wniosków. Czy to jest fakt bez znaczenia, że na Ukrainie partia najbardziej prozachodnia jest zarazem partią najbardziej antypolską?
Białorusi nie przyciągnie się na swoją stronę, finansując konspiracyjnie mało liczną i mało znaczącą opozycję, nie jest ona bowiem reprezentacją de facto milczącej większości, jak to było w Polsce „za komuny”. Czy się to komu podoba czy nie, większość reprezentuje Łukaszenka i z nim trzeba utrzymywać co najmniej poprawne stosunki. Jeżeli chodzi o coś więcej niż tylko o eksport swoich wyobrażeń o demokracji, to rząd powinien utrzymywać bliskie stosunki z rządem, oligarchia biznesowa z oligarchią, biurokracja z biurokracją, obrońcy praw człowieka z obrońcami praw człowieka, muzealnicy z muzealnikami itp. I dopiero wszystkie te zbliżenia razem wzięte złożą się na dobre i obiecujące na przyszłość stosunki między Polską i Białorusią.

Wydanie: 45/2012

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy