Ręce brudne, choć umyte

Ręce brudne, choć umyte

Człowiek nie żyje. I tylko to jest pewne. Od tragicznego kwietniowego poranka, gdy w podejrzanych okolicznościach zginęła bardzo popularna posłanka lewicy Barbara Blida, minęły ponad trzy lata. A zamiast wyjaśnienia wszystkich okoliczności tego, co się wówczas wydarzyło w Siemianowicach Śląskich, przybywa tylko wątpliwości. Wychodzi na to, że jedynym sukcesem trwających dochodzeń i prac komisji, a zwłaszcza śledztw dziennikarskich jest to, że sprawcom nie udało się tej tragedii schować pod dywan. Na łamach „Przeglądu” wielokrotnie pisaliśmy o atmosferze politycznej, jaką wówczas tworzył rząd Jarosława Kaczyńskiego, o łamaniu konstytucyjnych zasad i przekraczaniu granic prawa. O działaniach Zbigniewa Ziobry, który jako minister sprawiedliwości i prokurator generalny szalał z oskarżeniami, podsłuchami i aresztami wydobywczymi. Ilu prokuratorów odeszło wówczas ze służby, protestując przeciwko jego ręcznemu sterowaniu? Ilu kluczowych urzędników państwowych z jego własnego obozu politycznego czynnie protestowało przeciwko metodom, jakie stosował? Ilu ludzi chodziło wówczas z piętnem kryminalnych zarzutów i kłamstw? Jedną z takich osób była Barbara Blida.
A najważniejsze pytanie, na które ciągle brakuje sensownej odpowiedzi, jest następujące: Jakie były powody, dla których ABW pojawiła się wówczas w domu Blidy? Czy były mocne podstawy do tego, by ją zatrzymać? Przypisanie Blidy do afery węglowej okazało się bowiem bez pokrycia, a obciążające ją zeznania pani Kmiecik są wręcz podręcznikowym przykładem skuteczności działania aresztów wydobywczych. Areszt był skuteczny, gdy do celi obok matki wsadzono jej córkę. W takiej sytuacji większość ludzi powiedziałaby wszystko, co chce usłyszeć prokurator. Zastanawiam się, co zrobiliby ci, którzy zarządzali tymi aresztowaniami, gdyby wobec nich zastosowano taką presję? Śmierć Blidy już na zawsze obciąży ich sumienia. Sumienia wszystkich, którzy jako kolejne ogniwa dokładali się do zaszczuwania ludzi i fabrykowania zarzutów.
Dobrze się stało, że telewizja pokazała film „Wszystkie ręce umyte” Sylwestra Latkowskiego i Piotra Pytlakowskiego. Zobaczyliśmy mechanizmy, które stosowała wówczas prokuratura, i to, jak funkcjonowały służby blisko powiązane z układami politycznymi. Zobaczyliśmy, że nic w sprawie śmierci Blidy nie jest oczywiste. Łącznie z oficjalnie przyjętą wersją samobójstwa. Postawiona przez autorów filmu hipoteza, że możliwy jest także inny przebieg wydarzeń, czyli wypadek, nie może być skwitowana milczeniem organów dochodzeniowych. Bardzo nerwowa jest reakcja ówczesnych szefów służb, próbujących zastraszyć dziennikarzy wielomilionowymi karami. Choć film przecież niczego nie przesądza. Stawia tylko bardzo logiczne pytania. Mam nadzieję, że wreszcie będą też na nie konkretne odpowiedzi. Wierzę, że w końcu znajdzie się ktoś, kto wyłamie się z tego zaklętego kręgu powiązań i mataczenia.

Wydanie: 49/2010

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy