Nie krzywda, lecz kara

Zapiski polityczne
18 sierpnia 2003 r.

Jednym z najprzykrzejszych doznań w moim życiu, krótko po tym jak wróciłem z sowieckiego łagru do Wrocławia, gdzie moja Matka po wyjeździe ze Lwowa osiedliła się i tworzyła dla nas, jej synów, zaczątki nowego domu rodzinnego, był widok Niemców ciągnących Podwalem wózeczki z resztkami dobytku, jaki mogli wywieźć, gdy opuszczali rodzinne miasto. Byli wśród nich nasi dobrzy znajomi, gdyż nasza Matka, osoba bardzo przedsiębiorcza, założyła już we Wrocławiu licznie odwiedzany pensjonat i zatrudniła tam sympatyczną rodzinę niemiecką, wokół której gromadzili się jej znajomi, znęceni faktem, iż wśród najeźdźców, za jakich nas uważali, znaleźli się ludzie życzliwi ofiarom klęski narodu niemieckiego.
Wiele lat później odnowił mi to złe wspomnienie pewien rabin, który w radosnym dla Niemców dniu ponownego zjednoczenia ich państwa, wygłosił w jednym z kościołów w Bonn bardzo dramatyczne kazanie przypominające Niemcom, czym byli ongiś, za czasów cesarstwa Hohenzollernów, i do czego doprowadziła ich awanturnicza polityka uprawiana w wieku XX. To rabinackie kazanie w chrześcijańskim kościele przypomniało mi się teraz, gdy porządkując książki, w starym poniemieckim atlasie znalazłem mapę ukazującą obszar cesarstwa Hohenzollernów po zwycięstwie nad nieszczęsnym Napoleonem III. Całe południowe wybrzeże Bałtyku od Litwy po Danię było niemieckie, a ponadto Alzacja i Lotaryngia, Wielkie Księstwo Poznańskie, cały Śląsk, Górny i Dolny, i jeszcze spore kolonie w Afryce. Pomyślcie, grzmiał rabin, do czego doprowadziliście waszą ojczyznę na skutek awanturnictwa wojennego. Został wam ogryzek cesarstwa Hohenzollernów. Baczcie, byście i tego nie utracili.
Jako członkowi Komisji Spraw Zagranicznych Sejmu RP zdarzyło mi się ostatnio aż dwa razy brać udział w redagowaniu oświadczeń wywołanych niemieckimi roszczeniami terytorialnymi lub majątkowymi będącymi konsekwencją wypędzenia Niemców z obecnego terytorium Polski i Czech. Za każdym razem sugerowałem kolegom posłom, by w tekście, jaki przygotowujemy, znalazło się kluczowe dla sprawy stwierdzenie, iż wysiedlenie Niemców zarówno z Polski, jak i z Czech NIE BYŁO WYRZĄDZONĄ IM KRZYWDĄ, LECZ KARĄ ZA ZBRODNIE WOJENNE BĄDŹ ZA SAMO WYWOŁANIE WOJNY.
Trwa dzisiaj dramatyczna dyskusja o tworzeniu Centrum Wypędzonych. Niemieckie organizacje wysiedleńcze domagają się coraz głośniej sprawiedliwości za krzywdy, jakie ich spotkały. Centrum ma być bastionem rewindykacji tych roszczeń ludzi skrzywdzonych.
Nie reagowałbym tak żywo i boleśnie na tę sprawę, gdybym sam nie był wypędzony z ziemi moich ojców i praojców, z Podola. Są też Polacy wypędzeni ze Lwowa, z Wilna, ze Zbaraża i Krzemieńca, z Nowogródka i Nieświeża, z Brześcia i z Łucka… Wypędzeni nieraz po bardzo krwawych przejściach. Wypędzenie stało się nieusuwalną cząstką historii nowożytnej Europy. Część z tych wypędzeń jest niewątpliwie karą za zbrodnie wojenne. Inna część, i to bardzo wielka, jest tragicznym zrządzeniem losu, jest krzywdą jednostek za winy i zbrodnie społeczeństw, jest owocem trwającej i niezamierzającej nigdy ustąpić nienawiści między ludźmi.
Pokoleniu, do którego należę, dziś już coraz szybciej przemijającemu, przypadło w udziale uczestniczenie w tym tragicznym dla wielu splątaniu dramatów jednostek z tragediami narodów. Cóż bowiem zawinili ci Niemcy, skromna rodzina rzemieślnicza, zatrudniona przez moją Matkę w jej pensjonacie we Wrocławiu, że nie tylko utracili własny dom na rzecz Festung Breslau, gdzie hitlerowcy zamierzali się bronić do upadłego, ale jeszcze w maluteńkim wózeczku musieli resztki swego dobytku poturlać wzdłuż staromiejskiej fosy na Dworzec Świebodzicki, skąd odjeżdżały transporty do Niemiec? Cóż zawiniliśmy my, ludzie z Podola, że mój brat stryjeczny, opiekun majątku odziedziczonego po moim ojcu, został rozstrzelany gdzieś w Kijowie, a jego rodzina prawie w całości wymarła z głodu i chorób na stepach Kazachstanu?
Nie ma na te pytania rozsądnej odpowiedzi. Historia miażdży swoje ofiary i nie zamierza przed nikim się tłumaczyć ze zbrodniczych meandrów, jakimi się toczy. Naiwna jest wiara w to, iż można w tym apokaliptycznym zamęcie dziejów, tak bolesnych dla wielu ludzkich pokoleń, odnaleźć jakąś spóźnioną sprawiedliwość. Tak zazwyczaj się dzieje, że zawsze są chętni i gotowi do wyrządzania krzywd, ale nie ma nigdy kogokolwiek, kto chciałby i mógł te krzywdy naprawiać bądź wynagradzać.
Na polu późniejszych rozrachunków zostaje – traktowane z pogardą przez skrzywdzonych – współczucie, które zazwyczaj nikogo nic nie kosztuje. Nie istnieje także praktyczna możliwość utworzenia jakiegoś Centrum Wypędzonych mogącego wyrównać stare krzywdy. Może z tego zamierzenia powstać najwyżej ośrodek nowych roszczeń, których nie da się zaspokoić bez nowych krzywd. Tak świat jest urządzony i nikt tego nie zmieni.

Jedyne czego można dokonać, to rozważyć, czy aby krzywda nie była uprzednio zawiniona przez naród, którego cząstka została potem ukarana za grzech całej społeczności. Tak było z Niemcami. Zbrodnie wojenne, jakich się dopuścili, nie były wybrykiem jednostek. Miały poparcie, jeśli niecałego narodu niemieckiego, to jednak większości. I jakaś cząstka tego narodu za te krzywdy zapłaciła. Tak myślę i dlatego domagam się zawsze, gdy mam okazję, by mówić wyraźnie i głośno, że wypędzenie Niemców z Polski i z Czech nie było krzywdą, lecz karą za zbrodnie ichniego narodu, popełnione na Polakach i Czechach.
Dla mego pokolenia, tak bardzo uwikłanego w dramaty minionej wojny, a teraz odchodzącego gromadnie na cmentarze, szczególnie przykra jest świadomość, iż Polska, w której zaistnieniu i ukształtowaniu mieliśmy decydujący udział, nie jest taka, o jaką walczyliśmy. I nie dlatego, że tak wielu ludzi doznaje biedy, że jest tak ogromnie dużo niesprawiedliwości społecznej, ale głównie dlatego, iż znaczną część społeczeństwa opanowała nienawiść, od której – jeśli chcieć powiedzieć prawdę – nikt nie jest wolny.

 

 

Wydanie: 35/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy