Zniewoleni mediami

Zniewoleni mediami

Podróż pociągiem to u nas loteria. Jeśli ma się szczęście, wagony są wystarczające lub nawet luksusowe. Albo jest brud i smród. To drugie niestety zdarza się o wiele częściej. Poza tym spóźnienia i zdziwienia, że przed wojną pociągi jeździły szybciej. Składy pendolino jednak już czekają, jak rasowe araby w stajniach. To dopiero będzie kontrast między powszechnym stanem rzeczy a tym, co u nas już europejskie (boję się, że też w cenach).
Smród PKP zawsze mnie wzruszał, w starych wagonach bywa nadal niezwykle gęsty. To pierwszy zapach wielkiej podróży, jaki znam z dzieciństwa. Zapach jest zmysłem pierwotnym, dlatego w życiu dorosłych powrót woni dzieciństwa tak nami wstrząsa. Pozostawienie PKP w spokoju po 1989 r., podobnie jak zwlekanie z budową autostrad, to chyba wielki błąd okresu transformacji. Brakowało środków? Boję się, że bardziej brakowało świadomości, jakie to ważne.
Stosuję się do apelu, by zostawiać samochód i korzystać choćby z kolei podmiejskiej, centra miast nam się zatykają. Mieszkam „między lasami” pod Warszawą. Skromna stacyjka, która pamięta czasy przedwojenne, wszystko żebrze o remont. Samochód pozostawiam obok stacji; budowany jest obszerny parking, a to miła nowość. Mam godzinę, by dojechać do centrum, to dużo czasu. Pierwszą przykrość sprawia mi kasjerka, niemiła i surowa. Myślę: pewnie nieszczęśliwa. W młodym pokoleniu takie zachowania zdarzają się już rzadko. To smutny fakt historyczny i społeczny, że spory procent starszych Polaków, szczególnie Polek, miał trudne życie. I zgorzknieli. Zanim przyjmie się kogoś do pracy w miejscach publicznych, powinien być robiony test na poziom goryczy w organizmie. Na dodatek pociąg się spóźnił i nie będę na czas. Ktoś pyta zaniedbanego konduktora, dlaczego Koleje Mazowieckie na tej linii ostatnio zawsze się spóźniają. Konduktor woła: „To nie moja wina, wszystko się sypie, najlepiej to zburzyć i zaorać”. Nie do pomyślenia, by na zachód od naszej granicy ktoś mówił takie rzeczy o instytucji, w której pracuje. U nas to na porządku dziennym. (Do domu wracałem potem aż dwie godziny, ładna i młoda konduktorka powiedziała to samo co zaniedbany konduktor, tylko bardziej elegancko i z uśmiechem).
Spieszyłem się na debatę transmitowaną przez RDC, gdzie z Kazimierzem Marcinkiewiczem i Aleksandrą Jakubowską mieliśmy bronić tezy, że nasze media niszczą demokrację. To oczywiście wielkie uogólnienie, ale sporo w nim prawdy. Tylko proste rachunki arytmetyczne bywają jednoznaczne. Media są jak lekarstwo, mogą być dobrodziejstwem albo trucizną, jeśli dawka za duża. Inne schorzenie mediów, że ze wszystkiego chcą robić spektakl. Nawet krytykując media w mediach, ulegamy regułom gry, które nam narzucają. Musi być konflikt. Po drugiej stronie m.in. szef „Super Expressu” (tytuły z tego pisma: „Anna Przybylska wyła z bólu”, „Kolska zabiła swoją córkę”).
Cała nasza cywilizacja jest cywilizacją sensacji i konfliktu. Ale w Polsce zasadę konfliktu na scenie publicznej doprowadzono do absurdu.
Wolne media są niezwykle ważne w demokracji, patrzą jej na ręce. Ale czy powinny patrzeć w krok? Tu mam wątpliwości. Są jak wielogłowy stwór, niektóre głowy zieją sensacją i ogniem, inne zwiastują dobrą nowinę. Boimy się, że jak odrąbiemy złe głowy, zginie cały organizm.
Każdy się zgodzi, że demokracja nie może żyć bez wolnej informacji i świadomych obywateli. Problem zaczyna się, kiedy wolne media stają się drapieżnikami. I zmieniają odbiorcę jak narkotyk narkomana – ludzie już chcą ociekających krwią newsów, podglądania i podsłuchiwania. Ponieważ ciekawość ludzka nie zna granic. Tym bardziej trzeba granice jej stawiać.
Liczenie czytelników i mierzenie oglądalności powoduje, że każdy tekst zmienia się w produkt. Konieczne jest więc polowanie na sensacje, za wszelką cenę, też za cenę przyzwoitości.
Jak mało wiedzieliśmy przed rokiem 1989 o mediach w krajach demokratycznych. Wobec naszej cenzury i monopolu informacji państwa idealizowaliśmy media tam, w lepszym świecie. Nie rozumiałem w latach 80. tych cierpień znajomej, znanej amerykańskiej dziennikarki, która skarżyła się, że manipulują jej tekstami. Jaki to luksus wobec naszej cenzury, przekonywałem ją.
Więzienie w Białołęce, grudzień roku 1982, pachnie już świętami. Jest nas bodaj ośmiu, jako ostatni opuszczamy archipelag internowania. Stalowa brama, mróz, śnieg i mrok. Nie ma rodzin, nie wiedziały. Nagle reflektory prosto w twarz. Czuwały za to ekipy kilku światowych stacji. Chcą wieźć nas do domu, żeby nakręcić, jak witamy się z dziećmi. Ktoś się zgodził. Dla mnie ta propozycja była oburzająca. To jestem dla nich tylko tematem? A przecież dzisiaj wydawałaby mi się zupełnie naturalna i zrozumiała. I pewnie nawet bym się zgodził. Media zmieniły się i są wolne, ale też nas zmieniły, niekoniecznie na lepsze. Pamiętam, jak oburzano się, gdy w stanie wojennym wyemitowano podsłuchaną rozmowę Wałęsy z bratem. Jak oni mogli? Wtedy podsłuchiwano w imię braku wolności. W jakie imię teraz? Dobrej sprzedaży?

Wydanie: 44/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy