Nie poszedłem w Tatry

Nie poszedłem w Tatry

Przekomarzałem się kiedyś z nieżyjącym już dziś Michałem Jagiełłą, mówiąc, że Tatry poznałem wcześniej od niego. Rzeczywiście Michał, starszy o dziesięć lat, przyjechał w Tatry jako nastolatek, podczas gdy ja znalazłem się tam w wieku lat niespełna czterech. Tyle że potem zatrzymałem się w rozwoju, a Michał przemierzył całe Tatry, wspinał się po nich i zjeżdżał na nartach, został nawet naczelnikiem Grupy Tatrzańskiej GOPR. A przy tym poznał Alpy, Kaukaz, Pamir i Hindukusz – w żadnej mierze nie mogłem z nim się równać. Mój bilans był bowiem skromny: w Tatrach, zarówno polskich, jak i słowackich, przeszedłem wszystkie trasy znakowane. Ale to znaczy, że dotąd nie znam Tatr.

Nie miałem jednak szans ich poznać. W Tatry chodziłem samotnie, najwyżej z jedną, zawsze bliską mi osobą, tymczasem w głąb Tatr słowackich mogłem ruszyć tylko z przewodnikiem. W Tatry z osobą obcą?! To było tak nie do wyobrażenia, że nigdy nie poszedłem na Gerlach, Łomnicę czy Lodowy Szczyt, na Żelazne Wrota czy Wysoką, do Doliny Złomisk czy Doliny Ciężkiej. Nie uprawiałem też wspinaczki, bo wystarczała mi drabinka nad Kozią Przełęczą bądź balansowanie nad przepaścią pod skalistym szczytem Banówki. Samotność była najważniejsza. Przestrzeń, Światło i Cisza sławione przez Kazimierza Tetmajera.

To moje dzieciństwo tak mnie rozpieściło. Nie wiem, jak było w tym czasie w Czechosłowacji, ale w Tatry polskie chodziło się wszędzie i żaden przewodnik nie był potrzebny. Na Kominiarski Wierch wdrapywałem się czterema różnymi drogami, z których tylko jedna, z Iwaniackiej Przełęczy, była znakowana (dziś jest już zamknięta). Wantule i Wielka Świstówka stały się moim azylem, bo zawsze były puste. Jeden raz przeszedłem wiszące doliny, Litworową i Mułową, raz też byłem w dolince Między Ściany, za to na Łysanki wchodziłem wielokrotnie (raz w nieustającym ulewnym deszczu). Znaleźć się samemu w obliczu gór nie było zatem trudno. A przy tym w polskich Tatrach (w przeciwieństwie do Tatr słowackich) trwał wciąż tutejszy lud. Drogę do Wielkiej Świstówki pokazała mi, zadomowiona w swoich górach, moja gaździna z Kościeliska. U wejścia na Małą Łąkę stał zadymiony szałas, z ogniskiem i szczekającym owczarkiem. Na Przysłopie Miętusim istniało, przerobione z szałasu, schronisko Bronisławy Staszel-Polankowej. Przy podejściu na Małołączniak słyszało się dzwonki owiec i śpiewy juhasa, bo choć wypas w Tatrach był zabroniony, zezwalano nań na wybranych obszarach. „Kres kultury chłopskiej”, przypomina w ostatniej książce Wiesław Myśliwski, a dla mnie, który na wakacjach oglądał stroje, śpiewy i tańce góralskie i który po każdym powrocie z Poronina mówił gwarą, to, co dziś się stało z Tatrami, jest jak śmierć kogoś najbliższego.

„Tatry są takie maluśkie”, powtarzał Wojciech Gąsienica-Byrcyn. Jak bardzo maluśkie – widać na grani Czerwonych Wierchów, bo w dole nie ma już rozrzuconych góralskich domków Karpielówki, Wojdyłówki i Butorowa, lecz rozpościera się potężne miasto: rozrosłe nad miarę Zakopane. Gdy rok temu zabrałem wnuka na Halę Gąsienicową, już nawet nie oczekiwałem, że będę mógł mu powiedzieć: „Teraz nic nie mówmy, słuchajmy, co ma do powiedzenia las”, lecz mimo wszystko nie sądziłem, że tatrzański las nie będzie miał kompletnie nic do powiedzenia, bo mówić będziemy wyłącznie my – idący pod górę, zziajani, spoceni ludzie.

Nie znaczy to, by kiedyś było lepiej. Było inaczej. Kopcące i warkoczące autobusy marki Jelcz nie kończyły tury na Palenicy Białczańskiej, lecz zatrzymywały się dopiero na polanie Włosienica, tuż przed Morskim Okiem. Giewont atakowały ludzkie tabuny (nazywaliśmy je „stonkami”) wcale nie mniejsze niż obecnie. W Dolinie Strążyskiej czy Kościeliskiej gromady ludzi nie tylko krzyczały, lecz i słuchały przenośnego radia Szarotka. Dziś o radiu nie ma mowy, co wszakże nie znaczy, by nie chodzili po Tatrach ludzie ze słuchawkami w uszach, ale to już ich problem. Kultywuje się przy tym (w dzieciństwie mi nieznany) sympatyczny zwyczaj pozdrawiania się na szlaku. Choć bywa to też męczące, bo ludzi w Tatrach jest rok w rok coraz więcej.

Co zatem mi przeszkadza? To, że nie ma dokąd uciec. Zamknięcie dróg nieznakowanych było koniecznością, uchroniło góry od zadeptania, ocaliło roślinność i zwierzynę, ale na szlakach turystycznych stał się Tatrzański Park Narodowy niemalże już parkiem wielkomiejskim. Pozostają Tatry słowackie – tylko tam można czasem być jeszcze samemu z przyrodą. A Tatry polskie? Czy to dziwne, że w tym roku już do nich nie poszedłem?

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 38/2022

Kategorie: Andrzej Romanowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy