W Wołominie też wiosna

W Wołominie też wiosna

Polska jest krajem wielu klęsk i porażek, zarówno publicznych, jak i prywatnych. Społeczność takiego kraju bardzo pragnie sukcesu, ale bywa też surowa dla przegranych. Popularna kiedyś piosenka mówi, że „kiedy ułan z konia spadnie, koledzy go nie żałują, jeszcze końmi go tratują”. Po przegranej Bronisław Komorowski nagle stracił w oczach ludzi, a u licznych mu przychylnych wzbudził nawet złość. Jak mógł nam to zrobić? Przegrał, a my z nim. Tak samo traktujemy swoich sportowców. Od kiedy tenisistka Agnieszka Radwańska przegrywa, zapomina się o jej sukcesach i sypią się na nią zewsząd gromy, od ojca też. Podobnie odnosimy się do Jerzego Janowicza. To powszechny mechanizm, ale u nas zdaje się być wzmocniony przez historię.

Siedzę w knajpce z kebabem w Wołominie. Sam Wołomin nie piękny, ale i nie szpetny, już od dawna nie ma tu mafii, lecz zła opinia ciągnie się za miasteczkiem. Tak samo jak za znanymi ludźmi, jeśli podpadli i wzięły ich w obroty nasze media. Wielka jest moc tej doprawionej gęby i nie ma na to mocnych. Nasz wizerunek to bardzo delikatna konstrukcja, utkana z pajęczej sieci. Kiedy zostaje uszkodzona, stajemy wobec innych nadzy i bezbronni. A sam kebab niesmaczny, lokal jednak w porządku i siedzą pary wołomińskie, nie piękne, ale i nie szpetne. Rozmawiają, kto gdzie jedzie na wakacje: ci do Grecji, tamci do Włoch. To, co mówią, wykracza daleko poza opłotki prowincji, gdyż sama prowincja staje się coraz mniej prowincjonalna.

Mam warsztaty literackie w wyższej szkole w tym mieście, studia zaoczne, dwie grupy. I są zaliczenia. Studenci najczęściej między 30. a 40. rokiem życia, pochodzą zwykle z podwarszawskich miasteczek, wszyscy pracują. Prosiłem ich o napisanie na zaliczenie kilku prac, także dzienników. Obraz, który z tych prac się wyłania, jak zwykle nie jest jednorodny, ale autorów wiele łączy. Na pewno wszyscy ciężko walczą o byt. Niektórzy dają sobie radę, lecz są tacy, którzy mówią, że walczą już tylko o przetrwanie. Ale przecież w historii świata zawsze przygniatająca większość ludzi ledwie się utrzymywała na powierzchni, próbując przetrwać. Byli oni jednak lepiej niż my obudowani rodziną, tradycją i wiarą. Nie mieli dużych oczekiwań, głębokie i oczywiste podziały społeczne chroniły ich przed cierpieniem nierówności. Teraz wszyscy mają wielkie aspiracje i apetyt na dobrobyt, idea równości zaś wartko krąży we wspólnym krwiobiegu. Dlatego tak trudno być zadowolonym, a tak łatwo niezadowolonym.

Dzienniki ukazują życie prywatne, radości i dramaty. I zrobiło się gęsto od poplątanych ludzkich losów. Jakoś mi żal tych wszystkich ludzi, chociaż tylko nieliczni zostali dotknięci wielkim nieszczęściem. Ta kobieta urodziła chore dziecko, bez nadziei na jego długie życie, ale bardziej niż wielu innych potrafi być szczęśliwa. To dar dobrego usposobienia, najlepsze, co można dostać od losu. W takich ludziach jest jakiś rodzaj światła, które się widzi. Tylko jedna studentka ma tragiczną wizję Polski, a to też po niej widać. Pisze: „Jak wygląda to nasze życie? Wszystko w biegu, dzieci upychane w przedszkolach lub w szkołach. A my, jeśli mamy szczęście i pracujemy, to biegniemy do pracy. Zarabiamy jednak na przysłowiowy chleb i wódę. Szlag mnie trafia. Do czego politycy doprowadzają i co robią z naszą ojczyzną. Wszystko rozkradzione, wyprzedane, dookoła korupcja i cwaniactwo”. Znalazła więc winnych. To pewien typ osobowości, który dominuje w elektoracie PiS. Innym też bywa ciężko, ale nie mają takich prostych tłumaczeń. Grupka osób pochodzi ze wsi, które już przestają być wsiami. A ten student mieszka w Warszawie, jest brygadzistą, frontowym żołnierzem walki o warszawskie kanały. Wstaje o 4.30 rano i rusza na podziemny marsz. Świetny jest jego dziennik, opis świata kanałów. Tamten jest brygadzistą, specjalistą od pociągowych toalet, tych już nowoczesnych, więc też pracuje na froncie ludzkich odchodów. A tu dwóch zapaśników, ojciec i syn. Ojciec jest srebrnym medalistą olimpijskim, poszedł na te studia, już drugie w jego życiu, by przekonać do nich syna i dopilnować go.

Wyłania się obraz Polski dzielnej, ruchliwej i zapracowanej, która uparcie idzie do przodu. Tylko strach, by politycy tego nie schrzanili. Wzbogacony sumą ludzkich losów poczułem się wyczerpany jak terapeuta po wielogodzinnej terapii. Nie mogłem nauczyć ich pięknie pisać, ale mogłem zainspirować i otwierać zamknięte w nich drzwi. Niby już to wiem, ale zawsze zaskakuje mnie, jak dużo jest w ludziach ukrytej wrażliwości, także w tych, którzy wydają się szczelnie zamknięci jak puszki konserw.

Wydanie: 25/2015

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy