Nowy elementarz

Nowy elementarz

Wolność słowa nie jest tożsama z językową anarchią, ta druga ma miejsce w przypadku zamachu na zasady języka. Kiedy słowa odklejają się od znaczeń, jesteśmy bezradni. W „Kle”, pierwszym arcydziele nowej fali kina greckiego, reżyser Yorgos Lanthimos, odwołując się do poetyki surrealizmu, pokazał przed laty mechanizm zniewolenia poprzez dywersję językową. Córki domowego satrapy nigdy nie widziały świata poza domem rodzinnym, bo od dziecka były uczone, że za płotem grasują śmiertelnie niebezpieczne zwierzęta, np. koty, spadają samoloty (na dowód tatko podrzuca czasem do ogrodu model do sklejania), ale prawdziwe obezwładnienie polega na zdekonstruowanym do szkieletu słowniku. Despotyczny ojciec pozamieniał znaczenia we wszystkich słowach, które mogłyby się wiązać z zakazanym światem zewnętrznym, np. kwiatuszek to zombie, telefon to solniczka, morze to krzesło etc. Na wszelki wypadek ten językowy bałagan objął także sferę seksualną: cipka zwana jest lampą. W ten sposób dziewczyny, nawet gdyby jakimś nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności znalazły się w rzeczywistości pozadomowej, będą wobec niej kompletnie bezradne, nie zdołają jej ani pojąć, ani nazwać.

W podobny sposób zdają się działać kaczyści, wychowując nowego obywatela, który będzie nie tylko historycznym analfabetą, ale także, bezradny wobec języka, niezdolny do komunikacji, uzna jedynie język czystej przemocy. Bez zawłaszczenia, a nawet przenicowania polszczyzny projekt stworzenia nowego obywatela Rzeczypospolitej nie powiedzie się, dlatego pisowcy żwawo i bez żenady uprawiają dywersję najboleśniejszą dla ludzi słowa, terroryzując sam język, przypisując nowe, przeciwstawne znaczenia fundamentalnym pojęciom.

To się zaczęło już u zarania władzy PiS, kiedy obwołano projekt „dobrej zmiany”, który przejdzie do historii (obyśmy tego dożyli) jako określenie rządów budzących w Polakach najgorsze cechy, synonim zaiste złej przemiany otwartego, europejskiego społeczeństwa w ksenofobiczną swołocz. Jeśli można bezkarnie bezbronnych ludzi nazywać bronią demograficzną, to znaczy, że odebrano nam język – rozum zasnął, demony grasują. Nie dziwmy się zatem, że pisowscy mędrkowie już utożsamiają Unię Europejską z nazistowskim okupantem, a weteranów powstania warszawskiego zrównują z nazwiskiem hitlerowskiego ludobójcy, nadzorcy rzezi Woli.

PiS chce rozwalić UE od środka, łamiąc wszelkie zasady, podobnie jak już zdemolowało słownik języka polskiego. Środowiskiem patriotycznym nazywa się oprychów i rzezimieszków, kryjących się pod mianem a to Żołnierzy Chrystusa, a to Wojowników Maryi, prezentujących na sztandarach różaniec zawinięty na zaciśniętej pięści jak kastet. Te bojówki chcą siać miłosierdzie z krucjatowym zapałem. To akurat nic nowego, w takiej Ugandzie organizacja zbrojna, dokonująca masowych mordów m.in. rękami uzbrojonych po zęby dzieci, przyjęła nazwę Armii Bożego Oporu, za cel mając przywrócenie zasad Dekalogu do polityki. Nazwiesz takiego faszystą, zaraz ci odpowie tak samo, to już znamy choćby z wojny o Donbas; tam obie strony konfliktu są przekonane, że walczą z faszyzmem – Rosjanie nazywają faszystami Ukraińców i odwrotnie. Faszysta równa się wróg, to wystarczy, żadnej głębszej refleksji tu nie trzeba.

Kibolska fizys brunatnego Bąkiewicza jest obliczem prawdziwego Polaka. Znajoma facebookowa pytia twierdzi, że w najbliższych wyborach szef Roty Niepodległości wejdzie w Sejm jak w masło i niebawem trzeba go będzie tytułować panem premierem. Kaprawe oczka Pinokia zastąpi sokole oko drapieżcy, wypatrującego wrogów ojczyzny. Skądinąd twarz Bąkiewicza złamałaby pióro nawet Markowi Bieńczykowi, ale gębą nazwać jej nie można, bo się zaraz lewicowi ekstremiści wzburzą, że to klasistowskie. Nawet Wandzie Traczyk-Stawskiej wytknęli, że feudalnym batem językowym smaga oblicze chłopa polskiego, nazywając go chamem. Tak się pochylają nad ludem hunwejbini lewicy, że nawet nie czują, jak im ten lud widły w anus wbija.

Stutysięczne zgromadzenie na placu Zamkowym miało w nas podtrzymać naiwną wiarę w to, że PiS nie ośmieli się wyprowadzić Polski z Unii, bo zdecydowana większość obywateli temu się sprzeciwia. Tak naprawdę oznacza to tylko tyle, że nie będzie żadnego referendum; oni nas wyprowadzą bez pytania. Co więcej, wyjdziemy z Unii, ale rząd będzie twierdził, że wciąż w niej jesteśmy. Jak w „Kle”: nasz satrapa zdefiniuje pojęcie Unii Europejskiej. Skoro przekonuje, że PiS to Polska, przekona też, że Polska to Unia. Jedna nasza ojczyzna będzie w prawdziwej Unii Europejskiej, którą zawrzemy sami ze sobą; reszta państw pozostanie w udawanej, wyimaginowanej wspólnocie.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 43/2021

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy