Dzikie Pola

Im gorzej mają się sprawy w Polsce, tym częściej nasze myśli i westchnienia szybują ku Europie. Uważamy, że „Europa nie pozwoli”, aby chwiejna i anemiczna demokracja w Polsce zamieniła się całkowicie w ustrój autorytarny; podnosi nas na duchu, gdy europejski trybunał w Strasburgu skarci byłego prezydenta Warszawy, mimo że jest on obecnie prezydentem Polski; krzepi nas, gdy tenże sąd upomni się o prawa człowieka, jak to ma miejsce w wypadku wielu polskich skarg, które nasi obywatele zanoszą na forum europejskie. W nowej, bardzo udanej pracy „Europa w działaniu” Piotr Żuk, redaktor tej publikacji, podaje, że 62% Polaków ufa Unii Europejskiej i jej instytucjom, podczas gdy polskim sądom ufa tylko 39% obywateli, administracji 38%, parlamentowi 30%, a partiom politycznym 24%.
Świadczy to, że większa część naszych obywateli kojarzy Europę z demokracją i wolnością jednostki, Polskę zaś uważa za kraj europejski, w którym powinny obowiązywać te same standardy.
Ale zarówno Europa nie jest wartością niezmienną, jak i nasza europejskość nie jest aż tak niezachwiana, jak nam się wydaje. Brzmi to gorzko, ale taka jest rzeczywistość, której nie można lekceważyć, jeśli chce się rozmawiać poważnie.
Warto np. zastanowić się przez chwilę, co właściwie oznaczają ostatnie wybory we Francji, które w turze prezydenckiej wygrał niewielką przewagą prawicowy kandydat Sarkozy, aby chwilę potem odnieść miażdżące zwycięstwo w wyborach parlamentarnych, odsyłając lewicę wszelkiej maści do kąta. To samo odbyło się trochę wcześniej w Niemczech, gdzie Schröder i socjaldemokracja przegrali z sympatyczną skądinąd i rozsądną prawicową Angelą Merkel. Wahadło europejskie machnęło się w prawo i także na miejscu Browna, który po odsunięciu się Blaira ma pokierować brytyjską Partią Pracy i poprowadzić ją do wyborów, z pewnością nie spałbym spokojnie.
Oczywiście – daj nam Boże taką prawicę jak Sarkozy czy Merkel. Nie ma nic śmieszniejszego niż spekulacje, że nasi bliźniacy, wsparci jeszcze przez Giertycha, dogadają się z Sarkozym jak prawicowiec z prawicowcem. Sarkozy zaraz po wyborach nie szczędził słów i gestów, aby natychmiast zasypać rów, jaki podczas wyborów prezydenckich powstał między nim a kandydatką socjalistów, a na swego ministra spraw zagranicznych powołał kandydata z obozu socjalistycznego, podczas gdy nasi Kaczyńscy rozkoszują się szczuciem i konfliktowaniem społeczeństwa, upatrując w tym swoją rację bytu.
Ale przecież głos oddany w Europie na prawicę coś znaczy. Znaczy przede wszystkim ostrzejszy kurs wobec imigrantów, a może wręcz rozejście się z marzeniem o społeczeństwie wieloetnicznym, lecz mimo to spójnym. Znaczy na pewno ukrócenie państwa socjalnego. Znaczy także dowartościowanie egoizmu narodowego, który w wypadku Francji czy Niemiec objawia się jako wzmocnienie integracyjnego kursu europejskiego, a więc zupełnie inaczej niż u nas. Dzieje się tak dlatego, ponieważ Francja i Niemcy mają szansę rządzić Europą, podczas gdy my nie możemy o tym nawet marzyć, dlatego też nasz pożal się Boże egoizm narodowy wyraża się w roli europejskiego psuja, którą odgrywa triumwirat Kaczyńscy-Giertych-Lepper.
Zwycięstwo Sarkozy’ego niesie też jeszcze jedną wskazówkę. Jest to zwycięstwo kandydata silnej ręki, bo w takim kostiumie występuje obecny prezydent. Myślę, że społeczeństwa Europy są na tyle zmęczone nijakością swoich przywódców, że szukają postaci wyraźnych, z charakterem, niezależnie nawet od ich politycznej maści. Za takiego uchodzi bowiem Sarkozy, ale takim przywódcą Hiszpanii jest z pewnością socjalistyczny premier Zapatero, którego osobliwość polega na tym, że jest on jedynym chyba politykiem wykonującym jako premier to wszystko, co wcześniej obiecywał swoim wyborcom. W katolickiej Hiszpanii nie boi się kleru, w kraju żyjącym traumą wojny domowej sprzed 70 lat nie boi się pogrobowców Franco. Nawet Merkel widzi się jako osobowość silną, mężczyznę w spódnicy, chociaż przeważnie chodzi ona w spodniach.
Mocny człowiek imponuje, budzi otuchę, ale musi być przy tym bardzo mądry. W przeciwnym bowiem razie jest on zagrożeniem dla społeczeństwa obywatelskiego, jego suwerenności, parlamentów, sądów, słowem dla całego instrumentarium demokracji, także międzynarodowej, a więc Parlamentu Europejskiego, Rady Europy itd.
Europa jest dzisiaj inna od tej, do której wstępowaliśmy w 2004 r. I nasze miejsce w Europie też jest inne, niż było. Trzy lata temu występowaliśmy jako ciekawy partner i lider naszej części kontynentu, dziś uważa się nas za przeszkodę w europejskiej integracji. Powiedziano nam to wyraźnie z okazji traktatu europejskiego i naszych pomysłów ze słynnym „pierwiastkiem” oraz pogróżek wetem, podczas gdy ów „pierwiastek” oznaczałby w praktyce, że Niemcy, najsilniejszy kraj w Europie, miałyby tylko o trzy głosy więcej w Radzie Europy niż Polska, jeden z najsłabszych partnerów. Kto może się zgodzić na taki układ? Powiedziano nam więc wyraźnie, że wprawdzie nie umrzemy z powodu tego „pierwiastka” (na co ma ochotę premier Kaczyński, ale jak miałoby to wyglądać w praktyce?), lecz możemy tego pożałować.
Odpowiedzią bowiem krajów Zachodu na nasze weto stanie się „Europa dwóch prędkości”. Jest to ładny eufemizm, a oznacza on podział Europy unijnej na zamożne i zintegrowane centrum, rządzące się prawem europejskim, oraz na kresy, czyli Dzikie Pola, na których znajdzie się Polska. Jak zaś wygląda to z bliska, Polakom nie trzeba tłumaczyć, wystarczy przeczytać „Prawem i lewem” Łozińskiego. W Krakowie rozkwitał wówczas uniwersytet i wydawał uczty Wierzynek, a na Dzikich Polach hulał wiatr, każdy rżnął każdego jak mógł, jacyś lokalni satrapowie łupili ludność, wyrokami sądowymi podbijając sobie kontusze. A przecież była to nadal Rzeczpospolita, Najjaśniejsza i Obojga Narodów w dodatku.
Można to uznać za żarty, ale naprawdę jesteśmy na zakręcie.
Owa „Europa dwóch prędkości” wcale nie musi być tak obrzydliwa dla naszych obecnych władców, PiS, LPR, Samoobrony. Miłe im są unijne pieniądze, ale cóż właściwie może im szkodzić, że integracja europejska, a więc także powstawanie wspólnych europejskich instytucji czy też wspólnej polityki zagranicznej, będzie nas omijać? Cóż może im szkodzić, że prawo europejskie, które tak upomina się o jednostki ludzkie, a także o wszelakie mniejszości, zarówno polityczne, jak religijne czy seksualne, będzie się u nas przyjmowało z „drugą prędkością”, aby nie przyjąć się w ogóle?
„Panowanie dyskursu konserwatywnego w społeczeństwie polskim i jego instytucjach – czytamy we wspomnianej „Europie w działaniu” – powoduje, że podobnie jak w przeszłości Polska jest nieobecna w dziele omawiania nowych idei, pomysłów, rozwiązań i wyzwań współczesnego świata i zmagania się z nimi”.
Można dodać, że jest nieobecna nawet wówczas, gdy pozornie w tym uczestniczy. Jako psuj i zawalidroga.

Wydanie: 25/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy