Czy potrafimy być mądrzy po szkodzie?

Czy potrafimy być mądrzy po szkodzie?

W chwili, gdy czytacie Państwo ten felieton, znacie już wstępne wyniki wyborów. Ja pisząc go, mogę jedynie, opierając się na sondażach, ten wynik zgadywać. Nie będę tego robił. Przyjdzie czas na podsumowanie wyników. Na razie spróbujmy podsumować kampanię. Partie wydały ogromne pieniądze na billboardy, spoty telewizyjne, afisze i inne formy reklamy swych kandydatów. Odbyły się dziesiątki spotkań i wieców przedwyborczych. Była ogromna okazja, by porozmawiać o Europie i Polsce w Europie. O tym, czym jest Unia Europejska i jakie zadania ma Parlament Europejski. Była ogromna okazja, by wyjaśnić to milionom Polaków. A przy okazji pokazać, czym poszczególne partie różnią się między sobą w tych kwestiach. Oczywiście nikt sobie takimi drobiazgami głowy nie zawracał, kampania była przede wszystkim negatywna, więcej mówiło się o politycznej konkurencji, jej nikczemności lub w najlepszym przypadku głupocie. W efekcie większość Polaków utwierdziła się w przekonaniu, że cała klasa polityczna jest nikczemna i głupia, a w dodatku pasożytuje na zdrowym ciele narodu. Nawiasem mówiąc, obraz ten nie jest daleki od prawdy. Z jedną poprawką. Dotyczącą „zdrowego ciała narodu”. Klasa polityczna nie spadła z księżyca. Jest jak najbardziej emanacją narodu, dokonaną w drodze demokratycznych wyborów.

Początek miesiąca obfitował w rozliczne uroczystości rocznicowe. Pokazały one, że Polska nie jest jedna, ale podzielona na tyle kawałków, ile jest partii. Jest Polska „Solidarności” i Polska „postkomusza”. Ale Polska „Solidarności” też nie jest jedna. Jest Polska PiS i pana prezydenta zarazem, jest Polska premiera i jego Platformy. Ale są też pomniejsze Polski „postsolidarnościowe”. Polska „postkomusza” – cokolwiek by to miało znaczyć – też nie jest jedna, ale jest ich kilka. Dwie w każdym razie. Nawet Kościół w Polsce jest podzielony: na „toruński” i „łagiewnicki”. Te wszystkie Polski partyjne wzajemnie się nienawidzą i nie potrafią już ze sobą nawet rozmawiać. Nie tylko o Europie. Nawet o Polsce. Nie potrafią rozmawiać ani o przeszłości (każda ma jedynie słuszną jej wizję), ani – co gorsza – o przyszłości.
Dyskurs polityczny sięgnął dna. Zamiast dyskutować o przyszłości Europy, o traktacie lizbońskim, o Karcie praw podstawowych, o roli Polski w Europie, głównym nurtem dyskursu są kolejne wygłupy posła Palikota i rozważania, czy jego dochody z nieznanych źródeł są większe niż domniemane przekręty prezydenckiego ministra w Banku Ochrony Środowiska, czy może jest na odwrót.
W tej kampanii szeroko pojęta lewica miała okazję zabłysnąć choćby tylko na miarę swych skromnych możliwości finansowych. Nie błysnęła nawet w takim zakresie. Nie uczestnicząc w sporze dwóch głównych politycznych oponentów, PO i PiS, mogła w kampanii wyciągnąć sprawę Karty praw podstawowych, nieratyfikowanego traktatu lizbońskiego, mogła mówić o potrzebie silnej Polski w silnej Europie i o tym, jak silna zjednoczona Europa potrzebna jest Polsce.
Wszystko jedno. To już za nami. Kto został wybrany do europarlamentu, ten został wybrany. Wybory potwierdziły, że na polskiej scenie politycznej wciąż niepodzielnie panuje prawica, która praktycznie nie ma konkurencji. Potwierdziły też po raz kolejny, że większość społeczeństwa nie czuje się reprezentowana przez nikogo, przez żadną partię, i do wyborów nie poszła.
Przed nami niedługo następne wybory. Prezydenckie, samorządowe, parlamentarne. Od ich wyniku zależeć będzie, jaka Polska będzie za lat 10 czy 20. Czy w środowiskach lokujących swe polityczne sympatie „na lewo od Platformy” potrafimy z lekcji wyborów do europarlamentu wyciągnąć jakieś wnioski? Czy potrafimy poważnie dyskutować o rzeczach ważnych? Czy potrafimy zdefiniować cele, do jakich dążymy? Czy jesteśmy gotowi do kompromisu, do wspólnego działania dla realizacji wspólnych celów? Czy potrafimy zbudować konkurencyjną dla Platformy i PiS wizję państwa? Czy mamy pomysł na ulepszenie polskiej demokracji? Czy potrafimy zaproponować reformę systemu partyjnego, a w szczególności sposobu, jak odpartyjnić Polskę? Czy mamy jakiś pomysł na ordynację wyborczą? Czy wiemy, jak usprawnić wymiar sprawiedliwości? Jak poprawić ochronę porządku i bezpieczeństwa? Czy wiemy, jak pomóc najbiedniejszym i wykluczonym, zwłaszcza w dobie kryzysu? Czy mamy pomysł na reformę oświaty, służby zdrowia? Czy potrafimy odważnie domagać się zakończenia rozliczeń z PRL? Czy potrafimy głośno domagać się przyjęcia całej Karty praw podstawowych? Czy mamy wizje Europy i miejsca Polski w Europie? Czy mamy pomysł na politykę wschodnią? Czy wiemy, jak wspomagać naukę? Czy mamy pomysł, jak wyrównać szanse młodzieży i zapewnić jej dostęp do nauki i do miejsc pracy?
Wreszcie, czy potrafimy przekonać społeczeństwo, że naprawdę jesteśmy zdolni być alternatywą dla prawicy? Czy jesteśmy gotowi odłożyć na bok spory, kto jest najważniejszy na lewicy, a kto jest mniej ważny? Czy jesteśmy w stanie zapomnieć, kto swego czasu wyszedł z SLD i zbudował konkurencyjny projekt, który właśnie zbankrutował? Czy jesteśmy gotowi zapomnieć na chwilę o tym, kto bezmyślnie rozwalił LiD, który miał szansę stać się pierwszą partią ponad historycznymi podziałami? Czy potrafimy nie kłócić się o to, kto naprawdę chciał jednej listy lewicy i centrolewicy w wyborach do Parlamentu Europejskiego, a kto tę ideę sabotował? Czy jesteśmy w stanie przestać dobierać ludzi do polityki tak, jakbyśmy dobierali gości na przyjęcie imieninowe, tego lubię, tego nie chcę? Polityka jest naprawdę sztuką mądrych kompromisów, nie sztuką upartego stawiania na swoim, za wszelką cenę. Najbliższe miesiące pokażą środowiskom centrolewicowym, czy aby racji nie miał Jan Kochanowski, pisząc:
„Nową przypowieść Polak sobie kupi, Że i przed szkodą i po szkodzie głupi”.

Wydanie: 23/2009

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy