Psychoterapia i zabawy hobbystyczne

Psychoterapia i zabawy hobbystyczne

Wielokrotne diagnozy i pytania o wycofanie się Polaków z życia publicznego wskazywały jako powody deficyt bezpieczeństwa socjalnego, brak czasu na inny typ aktywności niż praca zarobkowa oraz niski poziom zaufania społecznego. Niechęć do angażowania się w sprawy publiczne wynika również z braku wiary, że możliwa jest zmiana porządku społecznego na przyjaźniejszy ludziom, i z przekonania, że „na własną rękę można więcej zdziałać i łatwiej rozwiązać swoje problemy”, niż angażując się w działania zbiorowe. To ostatnie złudzenie wynika z oficjalnych prawd, które podpowiadają, że wszelkie problemy społeczne mają w istocie „charakter indywidualny” i w ostateczności dotykają tylko konkretne jednostki. Jeśli następuje prywatyzacja problemów społecznych, to także ich rozwiązanie musi mieć charakter indywidualny. Rynek obiecuje, że ma w ofercie wszelkie środki na poprawienie naszego samopoczucia, więc nie trzeba sięgać po bardziej ogólnospołeczne metody.
Słabość polskiej lewicy i ruchów postępowych ma wiele przyczyn, ale jedną z nich jest właśnie świadome lub nieświadome uleganie zasadom społeczeństwa rynkowo-konsumpcyjnego – np. kiedy przychodzi do działania w imię szlachetnych idei, pierwszym, czy wręcz jedynym, kryterium oceny sensowności owego działania okazuje się prywatne dobro i indywidualne samopoczucie. To jest ostateczna linia, której nie wypada przekroczyć. Jak pisze Zygmunt Bauman, „kryteria te wyznaczają także zwykle granice, do których skłonni jesteśmy się posunąć w naszej gotowości niesienia pomocy innym”. Brakuje tu miejsca na nieograniczoną spontaniczność, niepotrzebne ryzyko i odrzucenie kalkulacji.
W ten sposób – zdaniem Baumana – dawna „troska o sterowność świata ustąpiła trosce o samosterowność jednostki. Nie martwi nas już i nie spędza nam snu z powiek los świata i jego mieszkańców, lecz końcowy produkt skomplikowanego procesu przeistaczania się aktów przemocy, ignorancji i bezprawia w emocjonalny zamęt, który zaburza (…) wewnętrzny spokój konkretnej jednostki”. Dodać można, że te pojedyncze akty upominania się o lepsze samopoczucie „jednostki i jej otoczenia” dotyczą zazwyczaj pojedynczych kwestii i nie są w żaden sposób związane z całościowym programem zmiany istniejących reguł gry społecznej – raz są to prawa kobiet, innym razem sprawy młodych ludzi czy też kwestie braku komfortu z powodu zbyt konserwatywnej atmosfery panującej w Polsce. Ale z tego zlepku pojedynczych haseł nie wyłania się całościowy obraz innego ładu społecznego.
W taki oto sposób dawnych rewolucjonistów, którzy chcieli grzebać „stary porządek”, zastąpili dzisiejsi hobbyści i kolekcjonerzy ulotnych chwil. Jeśli cała działalność społeczna i polityczna dzisiejszej lewicy ma być albo sposobem na poprawę dobrostanu jej działaczy, albo formą psychoterapii tychże aktywistów, czy można się dziwić, że nie porywają za sobą tłumów?
Bez odrobiny szaleństwa i zdecydowania trudno nie tylko wyrwać społeczeństwo z letargu, lecz także wzbudzić respekt w przeciwnikach politycznych.
Co więcej, dzielenie włosa na czworo i ciągła kalkulacja, czy mówienie o pewnych sprawach jest właściwe – zachowania typowe dla tzw. działaczy lewicy (aktywiści prawicowi popełniają te same grzechy, ale oni mnie nie interesują) – nie mogą wzbudzić zaufania dołów społecznych, dla których rzeczywistość jest mniej skomplikowana: są ci na górze i ci na dole, są ci, którzy mają władzę, i ci, którzy muszą się jej podporządkować, są „ich prawa” i „nasze zasady”.
Trudno się dziwić, że antykapitalistyczne hasła młodych narodowców i ich protesty „przeciwko państwu policyjnemu” lepiej trafiają w Polsce w nastroje biednej ulicy niż subtelne dyskusje z kręgów „lewicy akademickiej”. Jeżeli ktoś jest biedny i już nieraz usłyszał wyzwiska od policji w swojej dzielnicy lub od szefa, u którego pracuje na czarno, nie będzie wierzył w racjonalne zasady istniejącego porządku. Mieszkańcy lepszych dzielnic bardziej cenią sobie święty spokój i możliwość „rozwiązania własnych trosk interwencją terapeutyczną” niż społecznym zaangażowaniem. Mają też więcej do stracenia.
Jaki stąd wniosek? Bez dołów społecznych trudno tworzyć silną lewicę. Bez porzucenia zimnych kalkulacji trudno zdobyć zaufanie dołów. A polityka to nie tylko marketing i zabawa dla hobbystów, ale również – jakkolwiek naiwnie i archaicznie by to brzmiało – naznaczone ryzykiem zbiorowe działanie, by osiągać wspólne cele. Jeśli ktoś szuka psychoterapii, niech idzie do psychologa i przestanie się bawić w działalność polityczną.

PS Dziękuję za wsparcie tym, którzy nie kalkulują i mają odwagę wychylić się poza swoją prywatność.

Wydanie: 13/2013

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Komentarze

  1. Anonimowy
    Anonimowy 10 kwietnia, 2013, 16:05

    ….Jakże piękne zakończenie autora w ostatnim zdaniu przed PS….”Jeśli ktoś szuka psychoterapii, niech idzie do psychologa i przestanie się bawić w działalność polityczną.”- tak też właśnie można podsumować powyższe pisanie P.Ż – na dziś zawieszonego w SLD działacza politycznego, zawieszonego na uczelni naukowca itd. w związku ze sprawą prowadzoną przez wrocławską prokuraturę o organizację w swoim domu w M. i udział w gwałcie zbiorowym i nie tylko.Mając na uwadze nie tylko treści zamieszczane na łamach „Przeglądu” ale też kto je DZIŚ pisze, warto zadbać jednak O RANGĘ I POWAGĘ PISMA.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy