Trzy plagi

Kłopoty mijają, rzeczy zostają – mawiał mój mądry mentor. Miała to być maksyma pocieszająca, ale nie jest, szczególnie dla Warszawy.
Pewnie, że Warszawie minie kłopot, jakim jest obecnie jej prezydent, Lech Kaczyński, najgorszy w ostatnich dekadach prezydent tego miasta, którego rejestr klęsk zestawił niedawno Piotr Gadzinowski w artykule „Kaczy stolec” („NIE” nr 23/2005). Jeśli jednak zaćmienie elektoratu utrzyma się dłużej, to Kaczyński wraz z bratem psuć będzie już wkrótce całą Polskę, a nie tylko jej stolicę.
Ale Warszawa pozostanie jako rzecz: najsmutniejsze, najbardziej zaniedbane i najgorzej zarządzane miasto w Polsce.
Widać to wyraźnie, zwłaszcza gdy porównamy ją z jakimkolwiek innym większym miastem w Polsce, z Krakowem, Wrocławiem, Gdańskiem, może nawet z Łodzią, choć za to nie ręczę. Podczas gdy w innych miastach życie, szczególnie teraz, w sezonie letnim, sprawia wrażenie normalnego, a nawet przyjemnego, z kawiarenkami na chodnikach i przechodniami chodzącymi po mieście także późnym wieczorem, Warszawa pozostaje brudna, ciemna, pusta już o dziewiątej wieczorem, z jezdniami, które zdolne są w krótkim czasie zniszczyć zawieszenie nie tylko samochodu, ale i czołgu.
Są to jednak zaledwie objawy zewnętrzne, które zlikwidować można będzie stosunkowo szybko, jeśli Warszawą zacznie rządzić ktoś kompetentny. Niestety jednak stolicy wyrządzane są także krzywdy trwałe, praktycznie nie do usunięcia. Dotyczą one urbanistyki miasta. Ich koronnym przykładem jest tunel na Wybrzeżu Kościuszkowskim, który zlikwidował praktycznie dostęp do nowego mostu, zbudowanego przez poprzedniego prezydenta, Piskorskiego. Tadeusz Drozda w swoim kabarecie mówi słusznie, że dotychczas tunele budowało się pod rzekami, pod górami, czasem także pod blokami mieszkalnymi, ale nikt jeszcze nie zbudował tunelu pod trawnikiem, który ciągnie się wzdłuż rzeki. Takich durniów po prostu nie ma.
Warszawa jest jedyną stolicą na świecie, w której dworzec kolejowy mieści się pośrodku miasta. Tego Dworca Centralnego nie budował, rzecz jasna, Kaczyński, lecz inżynier Karwowski z „Czterdziestolatka”, ale skoro Kaczyński swoją rację istnienia widzi w zacieraniu śladów komuny, to powinien zrobić cokolwiek, aby zatrzeć ten idiotyzm. Tymczasem za jego rządów rozkwitła budowa Złotych Tarasów, czegoś równie tajemniczego, jak i niedorzecznego, co powstaje tuż obok dworca. Jeśli Złote Tarasy mają być rozkosznym salonem stolicy, to najliczniejszymi bywalcami tego salonu będą dworcowi menele z walizkami, jeśli zaś ma to być wielkie centrum handlowe, to we wszystkich cywilizowanych krajach europejskich przyjęto już zasadę, że wielkich centrów handlowych nie buduje się w centrum miasta, lecz na peryferiach. Wykroczeniem przeciwko tej zasadzie jest już zresztą Arkadia przy rondzie Babka.
Przeciwko budowie Złotych Tarasów protestowali, także w sądzie, ekolodzy, ale kiedy ich skarga została odrzucona, stołeczna „Gazeta Wyborcza” (14.06.br.) skwitowała to artykułem „Ekoblamaż stolicy”, wyjaśniając, że ta „sprawa zaszkodziła reputacji Warszawy jako miasta przyjaznego inwestorom”, ponieważ Tarasy są inwestycją zagraniczną.
I tu jest pies pogrzebany. Budowa Warszawy, a ściślej wykorzystywanie warszawskich gruntów pod zabudowę odbywa się po prostu pod dyktando i według woli zagranicznych inwestorów, którzy mogą sobie postawić w każdym miejscu, cokolwiek im się podoba. Nikt nie przeszkodził w budowie szklanej szkarady na placu Piłsudskiego, zasłaniającej Teatr Wielki i psującej logikę tego placu, na którym Kaczyński obiecuje odbudować Pałac Saski. Ale obietnica ta jest kaczym gęganiem, natomiast szklana budowla stoi.
Stoją także, gdzie popadnie, w Śródmieściu głównie, wielopiętrowe brzydkie gmaszyska od Sasa do lasa, które byle firma zagraniczna może sobie postawić, gdzie się jej podoba, jeśli tylko zapłaci, i trzeba by nowego powstania warszawskiego, aby to wszystko zburzyć i wybudować z sensem od nowa, ale skąd wziąć dzisiaj tylu powstańców?
Kaczyński, który jako polityk deklamuje o mocarstwowej suwerenności Polski, jako prezydent Warszawy zlikwidował skutecznie jej suwerenność, a z pozostałości po komunie wytępił do cna jedynie jakikolwiek zarys planu urbanistycznego, według którego rozwijać się musi każde miasto.
Oprócz wielkich, nieodwracalnych praktycznie krzywd wyrządzonych Warszawie przez jej włodarzy miasto pełne jest krzywd mniejszych, równie nieodwracalnych zresztą, od klozetów do pomników. Proszę się przyjrzeć metamorfozom stołecznych pisuarów, których notabene zawsze było tu za mało. W większości mieszczą się jadłodajnie lub coś użytkowego. Na MDM-ie w podcieniach wielkich bloków istniały ongiś dwa bodaj stołeczne pisuary, wybudowane na dowód, że mieszkaniec socjalistycznego miasta oprócz potrzeb ideowych ma także potrzeby naturalne. Dzisiaj ze zdumieniem stwierdzam, że mieszczą się tam biura notarialne (!), zapewne dlatego, że podobnie jak poprzedni użytkownicy tych miejsc olewają one rzeczywistość.
Ideowy kurs miasta dokumentują natomiast jego pomniki. Pisałem już nie tak dawno o tych pomnikach, teraz ocknęła się w tej sprawie „Gazeta Stołeczna”, alarmując, że „pomnikowy kicz” zalewa Warszawę, co trwa już przecież od dawna. Ten kicz nie pleni się jednak przypadkowo, lecz według czytelnego klucza. Z niepełnej przecież liczby dziewięciu kiczów pomnikowych, wskazanych przez „Gazetę”, siedem dotyczy świętości narodowych, a więc np. Ofiar Stalinizmu (na Pradze), Pomordowanych na Wschodzie (wagon na Stawkach), Monte Cassino, a nawet Czynu Zbrojnego Polonii Amerykańskiej. A przecież lista „Gazety” lękliwie pomija pomnikowe kicze kościelne, np. pomnik kard. Wyszyńskiego czy wysyp pomników, popiersi i tablic z Janem Pawłem II, teraz zresztą zaczynający się na dobre.
Wygląda na to, że byle rzeźbiarski knociarz może obecnie przyjść do władz miasta, mówiąc, że chce postawić pomnik Przesłuchiwanych przez Bezpiekę, Wydziedziczonych Obszarników, Zgwałconych przez Krasnoarmiejców w roku 1944 albo też błogosławionej Kózki męczennicy, aby dostać na to zarówno pozwolenie, jak i pieniądze. Na sam projekt pomnika i jego usytuowanie nikt już nie patrzy, a jeśli go ogląda, to na klęczkach.
Również z tej nawały kiczu plastycznego Warszawa już się nie podźwignie. Kto bowiem ośmieli się tknąć pomnik Pomordowanych na Wschodzie albo papieża Polaka? Nabożny Olejniczak?
Oczywiście nie wszystkie nieszczęścia Warszawy spadły na nią za rządów Kaczyńskiego. Ale wszystkie są dziełem tych samych trzech plag, które pustoszą teraz nasz kraj: służalczej uległości wobec zagranicznych inwestorów, braku jakiegokolwiek całościowego pomysłu i planu oraz mętnej patriotyczno-bigoteryjnej frazeologii.
Prezydenta Kaczyńskiego to nie razi. Mnie tak.

Wydanie: 26/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy