Ludzie roku

Ludzie roku

Dziennikarze w Polsce z zapałem podejmują się roli agitatorów w dobrej lub złej sprawie, ale z trudnością im przychodzi zwykłe stwierdzanie faktów. Amerykański tygodnik „Time” wyróżnił obecnego prezydenta Rosji tytułem „człowieka roku” za „wyjątkowe osiągnięcia przywódcze”. Uzasadnił to następująco (cytuję za „Gazetą Wyborczą”): „Putin przejął kraj pogrążony w chaosie i doprowadził go do stabilizacji… Z nieustraszoną wytrwałością, jasną wizją tego, jakim krajem Rosja powinna się stać…, Putin przywrócił Rosję na mapę świata…”. „Time” nazywa Rosję pod rządami Putina „podporą XXI w.” w świecie wstrząsanym wojną w Iraku czy wzrostem potęgi Chin. Polskim mediom, które nieustannie agitują przeciw Putinowi, jakby on kandydował na prezydenta Polski, wybór tygodnika „Time” mało powiedzieć, że się nie podobał – on je zdezawuował i według ich własnego samopoczucia poniżył. Żeby „człowieka roku” 2007 przy tej okazji znowu przedstawić w złym świetle, dziennikarze przypominają, że „ludźmi roku” „Time’a” byli m.in. Hitler, Stalin i Chomeini. Multimedialny komentator Bartosz Węglarczyk wchodzi głębiej w pokrętne motywy amerykańskiego tygodnika i dochodzi do wniosku, że „w tym roku na tę nagrodę bardziej zasługiwała od Putina choćby Anna Politkowska”. Figurowanie w towarzystwie Hitlera, Stalina i Chomeiniego szkodzi reputacji Putina, ale wizerunkowi Anny Politkowskiej by nie szkodziło.
Była nadzieja, że postanowienie tygodnika „Time” wywoła burzę protestów w Ameryce i na świecie, ale polskich komentatorów po raz drugi spotkał zawód. Sprzeciwy były słabe, nieliczne i mało znaczące. Burza, jeżeli była, to w szklance wody moskiewskich antyputinowców. Sławny szachista Garri Kasparow, pretendujący ostatnio do przewodzenia narodowi rosyjskiemu, uznał, że „Time” tchórzliwie uległ „oficjalnej kremlowskiej propagandzie”. Godni politowania są ci amerykańscy redaktorzy; znajdują się tak daleko od Kremla, a mimo to boją się mieć własne zdanie.
O Putinie do tej pory wiedziałem tyle co przeciętny czytelnik gazet i niesystematyczny oglądacz telewizji, czasem też zagranicznej. Postaram się dowiedzieć więcej, bo mnie ten Putin zaczyna zastanawiać. Gdy objął władzę, widziało się w nim „zapadnika”, okcydentalistę zapatrzonego we wzory niemieckie. Taką treść miały jego wypowiedzi i taką wymowę podejmowane decyzje. Historyk idei, inaczej niż polityk, chcąc rozpoznać zjawisko, szuka tradycji, z której może się ono wywodzić i która może je uczynić zrozumialszym. Putina, ze względu na jego proniemieckie nastawienie kulturalne, a także technikę działania, można umieścić w nurcie niemieckich wpływów w Rosji. Nie trzeba sięgać aż do Katarzyny II. Dziewiętnastowieczną Rosją rządzili carowie, z których każdy miał matkę Niemkę. Hierarchia biurokratyczna i wojskowa była poprzetykana baronami bałtyckimi. Niemcy akceptowali rosyjski autorytaryzm, ale wnosili do niego trochę racjonalizmu i prawa, co było przesłanką do „uzachodnienia” Rosji. Wszystko razem wziąwszy, można mówić o niemieckim śladzie w kulturze politycznej Rosji. To jest ten nurt, ta tradycja, w której można umieścić Putina i do której on w rzeczywistości nawiązuje. Niczego odpowiedniejszego dla dzisiejszej Rosji nikt na razie nie wymyślił. Przewidywanie, że Rosja będzie się z czasem demokratyzować, nie jest obciążone dużym ryzykiem błędu, ale wątpię, żeby ludzie pokroju Kasparowa, Limonowa, Sergieja Kowaliowa, Bukowskiego czy tak uwielbianych w Polsce nawróconych szpiegów (Gordijewski, Suworow) do tego się przyczyniali. Oni należą raczej do tradycji „biesów” opisanych przez Dostojewskiego. Poglądy, jakie oni głoszą, są tak odległe od dzisiejszych realnych problemów Rosji, że już przez tę odległość są szkodliwe, a niekiedy też niebezpieczne.
Czytałem trochę, nie całą, książkę Anny Politkowskiej. Jest tam dużo prawdy, trudno zaprzeczyć, że więzi społeczne w Rosji są słabe i nie mają odpowiedniego instytucjonalnego kształtu. Jeżeli o społeczeństwie polskim można powiedzieć słowami Norwida, że jest ono „żadne”, to rosyjskie jest jeszcze bardziej żadne. Ale tak jak Polacy ratują się ucieczką w naród, tak Rosjanie szukają schronienia w państwie. W czym innym mogą je znaleźć? W „społeczeństwie obywatelskim” dysydentów?
Porównano Kaczyńskiego do Putina, co dawało efekt komiczny. Kto się obraził? Oczywiście cała medialna IV RP. Zwłaszcza dziennikarze obsługujący PiS obrazili się w imieniu Kaczyńskiego i swoim. Wątpię, żeby który z panów Kaczyńskich kiedykolwiek otrzymał zagraniczne wyróżnienie za „wyjątkowe osiągnięcie przywódcze”. Na niczym innym im tak nie zależy jak na osiągnięciach przywódczych. I nie ma tych osiągnięć. Źle się dzieje w państwie ruskim – wołają liberalni Hamleci w Moskwie. Czy w Polsce dzieje się lepiej? Wrócimy do tematu, gdy rosyjskie służby superspecjalne będą odrolniać działki nad Bajkałem, fałszować po kilkadziesiąt dokumentów w tym celu, żeby w efekcie końcowym jaki wicepremier dotknął walizki z pieniędzmi i żeby można go złapać za rękę, zakuć w kajdanki, sfilmować i przejąć jego partię. Albo gdy amant z tych superspecjalnych służb do zwalczania korupcji wybierze sobie posłankę z Dumy, którą przez dziewięć miesięcy będzie tak urabiał, że ona wreszcie weźmie do swoich rąk 50 tysięcy rubli w takim momencie, gdy za drzwiami będą już na to czekać faceci gotowi do założenia jej kajdanek. Nie są to oczywiście metody KGB-owskie, ale kto powiedział, że nie można przewyższyć KGB pod względem podłości metod? Tylko że to się nie kwalifikuje do wyjątkowych osiągnięć przywódczych.

Wydanie: 1/2008

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy