Czy Palikot zmieni polską politykę?

Czy Palikot zmieni polską politykę?

Kongres Ruchu Poparcia Palikota był z całą pewnością ważnym wydarzeniem politycznym. Coś się wydarzyło. Tak naprawdę co się wydarzyło, będzie wiadomo za kilka miesięcy. To, że do Sali Kongresowej zjechało się 2 czy 3 tys. ludzi, w tym wiele wybitnych osobistości naszego życia publicznego, świadczy o tym, że chęć oprotestowania polskiej polityki i aktualnej sceny politycznej jest znaczna. Ten sprzeciw od pewnego czasu uosabia Palikot, dlatego ruch jego poparcia jest tak spontaniczny. Czy jednak Palikot stworzy – jak zapowiada – partię i czy partia ta jest w stanie „odmurować” (by posłużyć się terminologią Andrzeja Celińskiego) polską scenę polityczną?
Osobiście skłaniałbym się do przekonania, że partia ta nie powstanie, a nawet jak powstanie, większej roli na scenie politycznej nie odegra. Pierwsze sondaże, bezpośrednio po medialnie nagłośnionym kongresie, dają jej zaledwie 4% poparcia. Obawiam się, że więcej już nie będzie, przeciwnie, sądzę, że będzie tylko mniej. Co innego zrobić kongres, zwłaszcza gdy ma się pieniądze, co innego mozolnie budować struktury partii. Podejrzewam, że do tego drugiego zdolności i cierpliwości Palikotowi brak. Nie wiem też, czy w jego cieniu znajduje się ktoś, kto mógłby skutecznie wziąć na siebie rolę szefa sztabu czy, jak kto woli, sekretarza generalnego i wyręczyć Palikota w jazdach w teren, dziesiątkach nieefektownych roboczych spotkań z ludźmi, łączeniu ich w struktury, rozdzielaniu ról i stanowisk partyjnych.
Może jednak ktoś taki jest? Tylko o tym jeszcze nie wiemy?
Sam Palikot nie przedstawił żadnego sensownego, całościowego programu. To, co mówił o Kościele, a ściślej o jego hierarchach, idealnie wstrzeliło się w antyklerykalne nastroje, jeśli nie całego społeczeństwa, to znacznej części inteligencji. Hierarchiczny Kościół polski z własnej woli znalazł się w kryzysie największym od niepamiętnych czasów. W czasach stalinowskich był prześladowany, ale moralnie potężny. Teraz zawiodła strona moralna. Pazerność na dobra materialne, bezczelne wpychanie się do polityki, popieranie w niej najbardziej czarnosecinnych sił skrajnej prawicy, przerażająca głupota niektórych publicznych wypowiedzi „zadymionych PiS biskupów”, obłuda, obsesyjna etyka seksualna, sprzeciwianie się in vitro przy równoczesnych skandalach duchowieństwa (od lustracyjnych po pedofilskie), skandal z ujawnionym ostatnio alkoholizmem eksprowincjała potężnego zakonu, awantury „prawdziwych Polaków i katolików” pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu – wszystko to powoduje, że odbiór społeczny Kościoła jest zupełnie inny, niż był w latach 80., kiedy w Kościele upatrywano siły moralnej i oparcia w walce z systemem totalitarnym.
Palikot to wyczuł i celnie uderzył. Świeckość państwa musi być jednym z haseł budowy nowoczesnej Polski, ale przecież nie hasłem jedynym. Jednak w sprawach dla społeczeństwa najważniejszych, w sprawach równego dostępu do nauki i edukacji, do opieki zdrowotnej Palikot nic poważnego powiedzieć nie potrafił.
Ale jego słowa odważnie wypowiedziane w Sali Kongresowej nie przeminą bez echa. Nie chodzi o to, że Palikota przeklnie dewocja. Ją słowa Palikota dosłownie zatkały. Nie zdołała przemówić. Ale nie łudźmy się, nabierze jeszcze oddechu. Bluźnie jadem ze stron prawicowo-kruchtowych gazet, z głośników Radia Maryja, z ław sejmowych PiS. Niech tylko dojdzie trochę do siebie. Nie o nią mi jednak chodzi. Palikot – obojętne, czy uznamy, że zrobił to w formie błazeńskiej, czy nie – pewne sprawy postawił w środku debaty publicznej. Przełamał pewne tabu. Na to, co powiedział Palikot, a oklaskiwało kilka tysięcy ludzi w Sali Kongresowej, a z radością słuchały setki tysięcy przed telewizorami, przed laty mógł sobie pozwolić jedynie tygodnik „NIE”. Palikot te śmiałe, bezkompromisowe słowa na temat roli hierarchów w życiu politycznym wprowadził do politycznego dyskursu. Od tego nie będzie już odwrotu. Chcąc nie chcąc, Palikot ustawił też w tym względzie poprzeczkę dla SLD i całej lewicy. Kościoła bronić będzie prawica, w tym świętoszkowate skrzydło Platformy, a więc tak czy owak dyskusja się zacznie. Ta dyskusja, której rozpoczęcia tak bardzo w Polsce się bano.
Obojętne więc, czy Palikot stworzy partię, czy nie. Czy partia wejdzie do Sejmu, czy nie wejdzie. Polska scena polityczna nie będzie już taka sama. Platforma bez Palikota będzie inna, z większym przechyłem na prawo. Być może przyjmie jeszcze w swe szeregi nową porcję ludzi odrzuconych przez PiS. Ale nawet bez nich będzie jeszcze bardziej POPiS-owa niż dotąd. PiS rządzone obsesjami swego szefa, które wystarczają ostatnio tej sekciarskiej partii za program, tym mocniej dobije do prawej ściany, ostatecznie zajmując miejsce Ligi Polskich Rodzin. Tym samym luźniej się zrobi na środku sceny politycznej. Czas na ofensywę sił centrolewicowych. Czy jednak SLD będzie chciał i czy potrafi je zorganizować, czy też będzie deliberować nad swym kolejnym osiągniętym w pojedynkę rzekomym sukcesem, jakim jest przekroczenie w jakimś sondażu 10% poparcia? Które to poparcie wystarczy, by partyjny aparat „się wyżywił” (by sparafrazować słynne kiedyś powiedzenie Urbana). Może nawet ze dwa mniej ważne stanowiska ministrów w jakimś przyszłym koalicyjnym rządzie się trafią, gdy Platforma uzyska wynik niepozwalający jej rządzić samodzielnie, a PSL do Sejmu nie wejdzie, ale to za mało, by mieć realny wpływ na polską politykę. Za mało, by Polskę zmieniać i skutecznie gonić bogate kraje Unii Europejskiej.
Chcąc nie chcąc, Palikot stworzył też nowe szanse SLD. Rozpoczął dyskusję o świeckości państwa, której rozpoczęcie przez SLD, zwłaszcza w tak ostrej formie, byłoby wysoce niezręczne i naraziło tę partię na gromy z wszystkich stron. SLD jest teraz w bardzo wygodnej sytuacji. Podtrzymując dyskusję o świeckości państwa (nawet w tonie znacznie łagodniejszym, niż rozpoczął ją Palikot), może ją uzupełnić o wątki przez Palikota przemilczane lub niedopowiedziane. Może mówić o realnych działaniach zmierzających do wyrównywania szans w dostępie do edukacji, opieki zdrowotnej, pracy i bogactwa. O konieczności inwestowania w naukę. O racjonalnych granicach interwencji państwa w tych sektorach życia społecznego, gdzie wolny rynek nie wystarcza lub wprost prowadzi do wypaczeń (jak w opiece zdrowotnej, nauce czy kulturze).
Nie jestem pewien, czy ta szansa dla środowisk centrowych i lewicowych, jaką mimo woli stworzył Palikot swoim kongresem, zostanie wykorzystana. Sądząc po dotychczasowych doświadczeniach, można się obawiać, że nie. W każdym razie polska scena polityczna będzie już inna. Jak na niej zachowają się dotychczasowi aktorzy, czas pokaże.

Wydanie: 41/2010

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy