Coś trzeba wybrać

Coś trzeba wybrać

Polityka polega na znajdowaniu kompromisów, ale także na dokonywaniu wyborów. Pamiętam doskonale modelowy niemal przykład niezgodności z tą zasadą. Oto ludzie związani z „Kulturą” Jerzego Giedroycia starali się ze wszystkich sił w powojennej Francji utrzymywać jak najlepsze stosunki z miejscowymi środowiskami żydowskimi, a jednocześnie kokietować Ukraińców. Swoistym ambasadorem Maisons-Laffitte był w tym względzie Władysław Żeleński (bratanek Boya), który w 1935 r. jako wiceprokurator sądu okręgowego oskarżał w sposób wyważony, nie poddając się nacjonalistycznym naciskom, zamachowców na ministra Bronisława Pierackiego, uchodził więc za specjalistę od spraw ukraińskich i ukraińsko-polskich. Niepodejrzewany nigdy o antysemityzm był też szanowanym partnerem do rozmów z Żydami. Rzecz komplikowała się jednak corocznie 25 maja, w rocznicę śmierci hołownego atamana Semena Petlury. Był on sojusznikiem Piłsudskiego, uczestniczył w wyprawie kijowskiej. Jego żołnierze z tzw. kureni śmierci (być może nie na jego bezpośredni rozkaz – to już kwestia dla szkiełka i oka historyków) dokonali wielu krwawych pogromów ludności żydowskiej, z których najsławniejszy stał się ten w Płoskirowie, opisany przez Zofię Kossak-Szczucką („Pożoga. Wspomnienia z Wołynia 1917-1919”, Katowice 1990), a ją doprawdy trudno uznać za filosemitkę. W zemście za mordy i śmierć swojej rodziny zastrzelił Petlurę Żyd rosyjski Szwarcbard. Podczas procesu on i jego świadkowie przedstawili tak straszliwe dowody antysemickich zbrodni dokonanych na Ukrainie, że mimo iż ani przez chwilę nie wypierał się zabójstwa, został uniewinniony. I oto każdego 25 maja Ukraińcy idą na cmentarz złożyć hołd Petlurze. Żydzi z kolei organizują nabożeństwo i akademię ku czci Szwarcbarda. Nieszczęsny Żeleński dwoi się i troi. Rozdaje na lewo i prawo świeczki i ogarki. Ale nic to nie pomaga. Kiedy wstaje świt, i wilk jest głodny, i owca pokaleczona. Cóż, trzeba było wybierać. Kiedy jednak nie umiemy na to się zdobyć…

Dużo się pisze w Rzeczypospolitej o „doktrynie politycznej Giedroycia”. Wielce bym popierał. Gdyby nie fakt, że 80 lat minęło, świat się zmienił, a z nim i polityczne parametry. Jeżeli mielibyśmy jednak i dzisiaj stosować się do jego politycznych wskazówek, to przeczytajmy je chociaż. Uważał Giedroyc, co było jeszcze przed 1990 r., że mamy się odgrodzić kordonem sanitarnym od Rosji. Innymi słowy, wspierać Litwę, Białoruś i Ukrainę. Jak się okazuje, z Litwą nie bardzo umiemy się dogadać, gdyż ortografia nazwisk w paszportach jest dla nas ważniejsza od realnej współpracy. O Białorusi szkoda nawet mówić. Zamiast nawiązywać przyjacielskie relacje, szczujemy na nią Europę, zakładamy stacje radiowe mające podmywać władzę Łukaszenki i ogłaszamy krucjatę. Pozostaje Ukraina, która jakoś nam nie jest specjalnie życzliwa, zdaje sobie przecież sprawę ze słabości naszych realnych wpływów w Europie, ale bierze, co dajemy, bo głupia by była, gdyby darmo nie brała. Ot, tyle nam się ostało z „doktryny Giedroycia”.

Stare francuskie porzekadło poucza, że nie można tego samego ciastka zjeść i nadal go mieć. Jest to prostacka prawda, która, jak się wydaje, nie dotarła dotąd do świadomości naszych polityków. Uważają oni, że wolno im bez końca znieważać Rosję i Putina, mieszać się w rosyjsko-ukraińskie sprawy, a jednocześnie oburzają się, że złe kacapy nie sprowadzają naszych jabłek czy mięsa. Przekonani są, że wolno im „eurosceptycznie” podważać jedność europejską bez narażania się na zmniejszenie wspólnotowych dopłat czy jakiekolwiek inne sankcje, które byłyby skandalicznym dowodem dyskryminacji wzniosłego polskiego ducha. Wydaje im się, że można zwalać na innych przyjmowanie uchodźców z ogarniętych wojną krajów albo wymyślać dla nich lokalne, dyskryminujące warunki azylu (jeśli już, mają to być chrześcijanie) i nie zostanie to przyjęte przez społeczność międzynarodową jako wyraz braku solidarności i zaściankowej ksenofobii. Szczycą się powszechnym ponoć w Rzeczypospolitej rzymskim katolicyzmem, ale kiedy Rzym ustami papieża Franciszka wydaje najjaśniejsze dyrektywy, obracają się plecami lub zatykają uszy.

Otóż nawet na krótką metę tak postępować się nie da. Albo czcimy Petlurę, albo pamiętamy o zbrodniach popełnionych przez jego ludzi. Albo uznajemy przestarzałe skądinąd wskazówki Giedroycia, albo wybieramy sobie z nich, nie przestając powoływać się na mistrza, co nam aktualnie dogadza. Chcemy być Europejczykami albo nie chcemy… Niestety, od czasu do czasu trzeba wybierać z wszelkimi konsekwencjami wyboru, gdyż inaczej zaczną nas postrzegać jako rozkapryszone i nieodpowiedzialne dzieci, co właśnie zaczyna się dziać w opinii międzynarodowej.

Wydanie: 11/2016

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy