Upiór konspiry

Jacek Żakowski jest publicystą wziętym i ruchliwym. Najbardziej cenię go za zbiór wywiadów ze światowej sławy uczonymi i myślicielami społecznymi, opublikowany w książce „Anty-TINA”, w której pokazał, że wie, iż wbrew dominującej dzisiaj w Polsce doktrynie społeczno-gospodarczej przyszłość należy do ludzi, którzy uważają, że jest alternatywa dla neoliberalizmu.
Dlatego z wielką uwagą przeczytałem w „Polityce” (nr 36) jego artykuł „Hańba bohaterom”, w którym stara się wyjaśnić obecny obłęd lustracyjno-paszkwilancki skierowany także przeciwko niedawnym jeszcze bohaterom i idolom transformacji ustrojowej – Wałęsie, Kuroniowi, Herbertowi itd., nawet Moczulskiemu.
Żakowski słusznie przypomina, że historię zawsze piszą zwycięzcy, a zwycięzcami według niego są obecnie drugi garnitur solidarnościowej opozycji i konspiry, moherowa milcząca większość oraz młode pokolenie prawicowców, które spóźniło się na konspiracyjny pociąg, a w III RP zastało już wszystkie cokoły i posady obsadzone przez dawniejszych bohaterów. Zwłaszcza ostatnia z tych grup zwycięzców jest dziś szczególnie zajadła, a przy tym pozbawiona hamulców, jakie stwarza zazwyczaj znajomość rzeczy i pamięć minionych wypadków. Żakowski upomina się zarówno o poszanowanie dla prawdy historycznej, jak i dla autorytetów, bez których – jak słusznie uważa – niemożliwe jest zbudowanie jakiejkolwiek więzi społecznej.
Myślę jednak, że w swoim rozsądnym artykule popełnia on kilka ważnych przeoczeń.
Pierwszym jest błąd dzisiaj niemal powszechny, a więc przedstawianie zmiany ustrojowej w Polsce jako aktu wynikającego niemal całkowicie z wolnej woli „Solidarności”, w której istniały dwa odłamy – jeden skłonny do rozmów z władzami PRL, co stało się przy Okrągłym Stole, drugi zaś przeciwny wszelkiemu paktowaniu z komuną. Ten pogląd zakłada, że „komuna” tak czy owak była już martwa, a więc problem polegał wyłącznie na tym, czy podać jej rękę – co uczynili przy Okrągłym Stole Wałęsa, Kuroń, Michnik, Mazowiecki czy Geremek – czy też od razu położyć ją do grobu, jak chciała tego solidarnościowa ekstrema.
Tymczasem „komuna” w roku 1988 wcale zdechła jeszcze nie była. Jej pozycja wyglądała nawet nieco lepiej niż w roku 1980-1981, masowe poparcie dla „Solidarności” opadało, społeczeństwo było zmęczone, a nieśmiałe, lecz jednak reformy rządu Rakowskiego dawały iskierkę nadziei na poprawę. Niemal 10% dorosłego społeczeństwa należało do partii, w której ręku znajdowały się także tzw. resorty siłowe. Tak więc Okrągły Stół nie był po prostu jednym z możliwych wyborów, których mogła dokonać „Solidarność”, lecz wyborem jedynym, jeśli myślała ona o przejęciu władzy. Alternatywą byłaby po prostu rzeź.
Ażeby jednak ten wariant mógł się ziścić, konieczna była także dobra wola ze strony „komuny”. Ta dobra wola nie była wcale po stronie zwanej wówczas partyjno-rządową powszechna i ludzie, którzy zdecydowali się na ten krok, czynili to wbrew sporym i silnie radykalnym nastawieniom tzw. betonu partyjnego, ryzykując głową w wypadku niepowodzenia. Wiem coś o tym z racji siedzenia przy jednym z podstolików wielkiego stołu.
Już od pierwszych jednak dni III RP ten obraz Okrągłego Stołu jako porozumienia dwóch stron i dokonanego tam dwustronnego kompromisu był uporczywie zacierany, a uznanie jakichkolwiek zasług liberalnego skrzydła partii w przemianie ustrojowej stawało się stopniowo herezją, ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Konsekwencją manipulacji historycznej jest dzisiaj właśnie ta „hańba bohaterom”, o której pisze Żakowski, przy czym trudno nie zauważyć, że sami bohaterowie pierwszej „Solidarności” mają w tym swój udział. Wymazując bowiem udział ludzi światłej lewicy w zmianie polskiej rzeczywistości, uprawnili oni jakoś obecny pogląd, że Okrągły Stół był niepotrzebny i trzeba było od razu urwać wraży łeb komunie.
Stale przypomina się przy tym historyczny okrzyk Dantona, który wieziony na szafot wołał do Robespierre’a, który go skazał: „Pójdziesz za mną!”. I tak właśnie się dzieje teraz.
Żakowski poszukuje analogii dla obecnej polskiej sytuacji w ewolucji poglądów na ustrój faszystowski, jaka po upadku faszyzmu następowała w Niemczech, po upadku Vichy we Francji czy po Franco w Hiszpanii. Pomija jednak bardzo ważny wątek, na który także w „Przeglądzie” zwracał już kilkakrotnie, choć migawkowo, uwagę prof. Łagowski.
Otóż jest faktem, że obejmując władzę w Polsce, ekipa solidarnościowa wyniosła na forum ogólnopaństwowe i uczyniła sensem polskiej polityki wewnętrzną dintojrę w obozie dawnej „Solidarności” i mentalność konspiry, ujawniającą się teraz w lustracjach, donosach, śledztwach itd., którymi zajmować się ma cały naród.
Jest to zjawisko typowe dla ruchów konspiracyjnych, które dochodzą do władzy. Każda konspira, żyjąc w swoim zamkniętym kręgu, jest szczególnie wyczulona na donosy, prowokację, zdradę, agenturalność, bo od tego zależy jej istnienie. To zazwyczaj zdeformowany punkt widzenia, który kontrastuje z powszechnym nastrojem społecznym, mentalność sekty. Pamiętam jakieś opowiadanie Wygodzkiego bodajże o przedwojennym komunistycznym konspiratorze, który stale rozgląda się, gdzie stoi szpicel, łaps, prowok, podczas gdy dookoła niego ludzie jedzą lody, idą do kina lub bawią się z dziećmi.
Otóż konspira dochodząca do władzy nie umie wyzbyć się tej mentalności. Stalin wymordował tysiące ludzi z powodu sporów, jakie istniały wśród rozmaitej barwy rewolucjonistów przed 1917 r. Przedwojenny podział na „większość” i „mniejszość” w KPP albo wojenny podział na „krajowców” i tych z ZSRR był odczuwalny w grach politycznych PRL przez lata, w 1968 r. i później także.
Ekipa braci Kaczyńskich, rządząc już dziś niemal wszystkim, też nie potrafi się wyzwolić z mentalności konspiry. Jako ogromnie ważne wydarzenie przedstawia się np. ozdobienie orderami Walentynowicz czy Gwiazdy, podczas gdy mało kto już wie, kto to taki i o co w tym chodzi. Prezydent „czeka na wyjaśnienie” zarzutów o agenturalność stawianych Kuroniowi, co jest nonsensem, ale jasność widzenia przesłaniają mu dawne animozje z konspiry. Podobnie psychoza agenturalności, teczek, infiltracji itd. odnosi się obecnie do całego obrazu PRL, podczas gdy ogromna większość społeczeństwa jadła wówczas lody, chodziła do kina i bawiła się z dziećmi, mając w nosie władzę, to prawda, ale także pukając się w głowę na wzmianki o konspirze.
Znerwicowaną, chorą psychikę konspiry podnosi się obecnie do poziomu ideologii narodowej i wykładni najnowszej historii.
Wyjściem z tego wirażu mógłby być powrót do normalności, do rzeczywistych proporcji, zarówno panujących w przeszłości, jak i obecnie. Rzecz w tym, że bez uwolnienia się od mentalności konspiry jest to wyjście najmniej prawdopodobne.

 

Wydanie: 38/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy