Nazbierało się prezydentowi Poznania Jackowi Jaśkowiakowi, który 12 lat wcześniej przejmował stanowisko po baronie prezydenckim Ryszardzie Grobelnym. Dla m.in. aktywnych wówczas ruchów miejskich był nadzieją na inną politykę miasta. Miał być bliżej ludzi, działać bardziej społecznie, niezależnie od nacisków deweloperów i ich lobbystów. Miał zmierzać w kierunku rozwiązywania nabrzmiałych problemów mieszkaniowych, docenić wagę i dostępność komunikacji miejskiej. Po tych wszystkich latach z oczekiwań nie zostało nic, za to przybywa z dnia na dzień zarzutów. Do tego prezydent dorzucił demonstracyjną butę, zamknięcie nie tyle nawet na konfrontacje z problemami miasta, ile na rozmowę z mieszkańcami czy ich przedstawicielami. Ale już dla deweloperów i możnych interesantów ma szeroko rozpostarte ramiona. Najbardziej spektakularnym wyrazem tej postawy była rejterada podczas interwencji poselskiej Marceliny Zawiszy – odmawiając rozmowy, w obecności kamer Jaśkowiak ostentacyjnie opuścił spotkanie (ale „trzeba rozmawiać”).
Kilkanaście dni temu podczas posiedzenia rady miasta, która miała udzielić prezydentowi absolutorium, na salę weszli przedstawiciele środowisk społecznych od dawna krytykujących prezydenta Jaśkowiaka, a członek Krajowej Komisji Rewizyjnej Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza oraz poznańskiej komisji międzyzakładowej Kamil Siemaszko, świętujący tego dnia 40. urodziny, przyłożył prezydentowi śmietanowym tortem. Został zatrzymany w dość brutalnej interwencji i oddany w ręce policji. Z towarzyszącym mu działaczem związkowym Patrykiem Szynkowskim trafił na policyjny dołek, gdzie obydwaj spędzili noc. Obecnie policja przygotowuje akt oskarżenia o naruszenie nietykalności urzędnika państwowego i szafuje groźbami trzech lat więzienia.
Jacek Jaśkowiak, który uwielbia się prezentować jako „silny” prezydent








