Powstanie nadbajkalskie

Powstanie nadbajkalskie

Cóż robić zesłańcowi w mroźne, syberyjskie, zimowe i wiosenne wieczory, jeśli nie dumać o oporze i wolności? Zima wasza, lato nasze. Projekt projektem pogania. Wreszcie cieszący się znacznym mirem wśród Polaków zamieszkujących północne wybrzeża Bajkału Gustaw Szaramowicz 9 lipca 1866 r. rano zdobywa się na krok stanowczy. Jak wspomina Piotr Deręgowski, naoczny świadek wydarzeń: „Rozbraja miejscowy konwój (paru żołnierzy eskortujących wozy z żywnością – L.S.), zabiera broń, jaka tylko była, i wyrusza z Murymu, wzywając do wymarszu. Jednocześnie zabrano we wsi ok. 30 koni z rynsztunkiem, które posłużyły do stworzenia kawalerii. I cóż się tedy okazuje? Partia w zaledwie mniejszej połowie słucha jego rozkazów. Próbował z początku środków przymusowych, ale i te nie poskutkowały; jedni stanowczo i otwarcie odmawiają swojego udziału, mniej odważni odgrywają rolę dwuznaczną, a tchórze ratują się na pierwszy alarm po prostu ucieczką do lasu”.

Z maleńką i wciąż topniejącą garstką wiernych maszeruje Szaramowicz na Myszychę. Po drodze rozbrajają płk. Czerniajewa i inż. Szatza, zdobywając na nich dwie dobre dubeltówki, dwa rewolwery i dwa pałasze oraz za pokwitowaniem trochę rządowych pieniędzy. Zabijają też czterech przypadkowych sołdatów. W następnej wiosce przyjęcie jest w pierwszej chwili sympatyczne, kiedy jednak Szaramowicz przedstawia swoje zamiary, „słychać było – pisze Deręgowski – tylko wzajemne obelgi, groźby i roznamiętnienie. (…) Naturalnie, i sam Szaramowicz zwątpił, ale cóż mu już pozostawało; wszak i za to, co się dotąd stało, czekała go kula. Postanawia więc z paroma zuchami przedrzeć się do Mongolii, o czym reszta, zważywszy na niebezpieczeństwa takiej górskiej eskapady, nawet słyszeć nie chce”.

Tymczasem w Irkucku dowiedziano się już o ruchawce. Liczący 80 szabel pieszy oddział kozaków pod dowództwem mjr. Ryka (Rika?) wyrusza statkami parowymi do Posolska, żeby odciąć buntownikom ewentualną drogę ucieczki; drugi, konny, pod Lisowskim galopuje wprost na Myszychę. Na wieść o tym wśród Polaków wybucha panika. Owszem, przez chwilę stawiają opór wysuniętej szpicy kozaków Lisowskiego, ale stanowczemu żądaniu kapitulacji już się podporządkowują. 14 lipca (tak, tak, wszystko trwało razem cztery dni) Rosjanie „wydają rozkaz, aby cała partia wyszła ze swoich schronień i zebrała się na drodze. W pół godziny już byliśmy tam wszyscy. Nie wiadomo skąd zjawia się przed nami kupa kajdan na ręce i nogi; zaczynają nas po szczególe ubierać każdego w te ozdoby, i wprost z drogi prowadzą do Bajkału, i wsadzają na łodzie już w tym celu przygotowane. Łodziami dowożą nas do parostatku; tam nas lokują i każdy w ubraniu, w jakim był, nieprzygotowany, bez rzeczy, bez tłomoków płyniemy. Gdzie? Dokąd?…”. Przed podniesieniem cum kozacy donoszą jeszcze na statek trzech ciężko rannych, którzy usiłowali ukryć się w lesie: Kobierdkego, Mączyńskiego i Oraczewskiego. Dwóch z nich jeszcze tej nocy umrze. Jakże charakterystyczne są owe dostarczone zawczasu kajdany. Dowodzą one po pierwsze, że władze rosyjskie (i słusznie) nie liczyły się z żadnym poważniejszym i dłużej trwającym oporem (zresztą wysłanie dla ustanowienia spokoju mniej niż 200 kozaków mówi samo za siebie); po drugie, zajścia traktowano nie jako zryw narodowy, ale zwykły bandytyzm, wśród samych Polaków mający minimalne poparcie. Nic dziwnego, że sąd w Irkucku traktował ujętych jako przestępców pospolitych. Podzielono ich na siedem kategorii, a mianowicie: „pierwszą, obejmującą skazanych na śmierć przez rozstrzelanie, to jest Gustawa Szaramowicza, Jakuba Rajnera, Władysława Kotkowskiego i Celińskiego, którego imienia nie pamiętam (Narcyz – L.S.); drugą tych, których osądzono na całe życie do robót; trzecią tych, których skazano więcej jak na lat 10 do robót; czwartą tych, którzy mieli terminy dziesięcioletnie; piątą tych, którzy mieli terminy niższe od 10; szóstą tych, którzy uznani zostali za podejrzanych i skazani na rok doświadczenia w zamknięciu i okuciu, a kategoria siódma objęła tych, którzy w czasie ścigania znaleźli się przy kuchniach i piekarniach” (i tam mieli pozostać mimo szlacheckiego pochodzenia – L.S.). I tak skończyło się efemeryczne „powstanie nadbajkalskie”. Niecałych 10 (z obu stron) zabitych w polu, czterech skazanych na śmierć i ok. 100 na inne kary. Właśnie zbliża się 150-lecie wydarzeń.

Powstaje pytanie: skoro np. niejeden strajk chłopski w II Rzeczypospolitej trwał dłużej i przynosił wielokrotnie więcej ofiar, dlaczego nie ma prawa do rocznicowych wspomnień i dumnej nazwy POWSTANIE? Głupie to wątpliwości: żeby zapewnić sobie miejsce w narodowej martyrologii, antyrosyjskim trzeba być. Może więc chłopcy znad Bajkału byli kompletnie nieodpowiedzialni i tylko nieszczęścia przynieśli tamtejszym Polakom, ale oni przynajmniej, choć sami zbytnio się tym nie popisali, wiedzieli kogo bić. I za to czcić ich będziemy.

Wydanie: 26/2016

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Komentarze

  1. Roman Filipiak
    Roman Filipiak 6 listopada, 2016, 12:41

    Dzien dobry, a wikipedia mowi o 300 zabitych a ten felieton o 10. Skad te rozbierznosci? https://pl.wikipedia.org/wiki/Powstanie_zabajkalskie

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy