Kunert z Bartoszewskim

WIECZORY Z PATARAFKĄ  
O Żydach napisaliśmy w ostatnich latach wcale niemało, podejrzewam nawet, że zaczynamy się powtarzać. Ale właściwie tylko dwie książki zostały nagłośnione, zdobyły media i sprowokowały dyskusję. Grossa „Sąsiedzi”, ponieważ obciążyła Polaków odpowiedzialnością za bezpośredni udział w holokauście. Prasa podniosła niebywały rejwach, bo, naturalnie, Polacy to nie zwyczajni ludzie, a wręcz anioły. O polskim antysemityzmie nikt niczego nie słyszał, coś takiego zdarzyć się nie mogło, jednym słowem – skandal i prowokacja. Z kolei, okazało się (Michnik), że Gross stworzył arcydzieło równe „Etyce nikomachejskiej” z jednej, a co najmniej Flawiuszowi z drugiej strony. Krótko mówiąc, dyskutanci się ośmieszyli.
Drugą książką, dla której uderzono w dzwony, jest trójjęzyczny zbiór dokumentów „Polacy-Żydzi, 1939-1945”. Promocja książki odbyła się przed kamerami telewizji, przedstawiał ją minister Bartoszewski, obecni byli dyplomaci Izraela. Dokumenty wybrał Andrzej Krzysztof Kunert, a przedmową opatrzył sam Władysław Bartoszewski. Trudno mi oceniać wybór, ale sprawia wrażenie wszechstronnego i trafnego. Wstęp Bartoszewskiego natomiast to typowy dokument dyplomatyczny, słuszny i nudny jak trzeba. Bo też cała książka powstała właśnie na użytek dyplomatyczny. Gdyby chciało się naprawdę poinformować kogoś o dziejach Żydów polskich, to była przecież do dyspozycji ciekawa książka Stefana Bratkowskiego, o wiele czytelniejsza od zbioru dokumentów. Ale z natury rzeczy niewspółmiernie bardziej osobista. Może o to właśnie poszło? Bo ku mojemu zdumieniu o Bratkowskim nie czytałem ani jednej recenzji. Kto i za co się na niego obraził, bo tak to rzeczywiście wygląda.
Kunerta i Grossa łączy jedna sprawa: obie książki nie są adresowane wyłącznie do czytelnika polskiego. Gross ukazał się równocześnie w języku, że tak powiem, amerykańskim, u Kunerta i Bartoszewskiego oprócz polskiego są teksty angielski i niemiecki. Kunert jest odpowiedzią na Grossa, i właściwie słusznie. Co by tam autor polski pisał lub czego by nie pisał, zawsze mógłby się komuś wydać niewiarygodny. A wymowa dokumentów jest jednoznaczna, zwłaszcza że są współczesne historycznym wydarzeniom. Polakom to nieszczególnie potrzebne, bo stanowisko wszystkich zaangażowanych w tragedię holokaustu stron jest nam od dawna i znakomicie znane. Ale cudzoziemcy nie znają tych spraw tak dobrze. Miał więc rację Kunert, mówiąc, że masakrę w Jewabnem trzeba widzieć na tle dokumentów zgromadzonych w jego książce.
Tylko że szmalcownicy i w ogóle wszelakie opryszki nie wydają dokumentów oficjalnych, nie utrwalają swoich wypowiedzi, a wręcz starają się nie zostawiać żadnych śladów. Pytanie tylko, kto może reprezentować naród, i tu sprawa, niestety, nie jest tak prosta. Odpowiedzialność w każdym razie ponosimy za wszystkich naszych przodków, nawet za tych, za których możemy tylko się wstydzić. Dlatego żadne dokumenty nie rozstrzygną sprawy Jedwabnego, zawsze będzie ona jedynie na jakimś „tle”. Owszem, na tle szlachetnych wypowiedzi, ale i na tle ludzkiej bestii. Ale pokonana, zdezintegrowana społeczność bardzo łatwo staje się krwiożerczym motłochem, a nie ma ani opinii publicznej, ani sankcji prawnych. Te ostatnie podczas okupacji jednak przecież były, tyle że z punktu widzenia niemal wszechmocnych okupantów nielegalne, karygodne i rzeczywiście karane.
Książkę, a raczej księgę, wydała Oficyna Wydawnicza Rytm przy wsparciu Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa i Instytutu Pamięci Narodowej. Wydano wspaniale, z niezliczonymi reprodukcjami, z pewnością dla uwierzytelnienia. A swoją drogą, to nawet żenujące, że musimy się chwytać takich sposobów, jak byśmy byli bandą oszustów i szubrawców, którzy przypadkiem w jakiejś sprawie zachowali się przyzwoicie. Ale taka już dola nie za wielkich, nie za mocnych, nie za zwycięskich narodów, musimy ją nieść z godnością, bo innego wyjścia nie mamy. Bo inaczej nam nie uwierzą, kto komu właściwie ukradł ten zegarek.

Wydanie: 48/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy