Spiritus flat ubi vult

Spór o lektury szkolne, w którym minister kultury, p. Ujazdowski, uległ w walce z ministrem edukacji, p. Giertychem, który dopiero z racji sprawowanego urzędu zetknął się z nazwiskiem Witolda Gombrowicza, nie jest tylko sporem o kanon tych lektur. Jest to także spór o to, co w IV RP ma być wolno zalecanej młodzieży literaturze. A więc czy ma być ona zbiorem nabożnych i patriotycznych maksym i banałów, wychowujących społeczeństwo z klapkami na oczach, czy też miejscem, w którym wyraża się ciekawość świata i ludzi, wątpliwość wobec świata i ludzi, zachwyt nad światem, obrzydzenie światem, entuzjazm i przygnębienie, słowem, gdzie spiritus flat ubi vult, czyli „duch tchnie, kędy chce” i, jak pisał Norwid, „głos jego słyszysz, ale nie wiesz, skąd przychodzi, albo skąd idzie”.
Otóż ostatnio głos taki przyszedł ze strony całkiem zaskakującej, a mianowicie ze strony Jarosława Rymkiewicza, poety i pisarza nieprzejednanie prawicowego, który – jak mi mówiono, nie wiem, czy prawdziwie – odmówił nawet przyjęcia jakiejś nagrody literackiej, ponieważ jej wręczenie mogło być sfilmowane przez telewizję, a telewizja ćwierć wieku temu transmitowała przemówienie gen. Jaruzelskiego ogłaszającego stan wojenny – a więc won z nagrodą.
W książce „Wieszanie” Rymkiewicz szczegółowo i ze znawstwem zajmuje się wieszaniem zdrajców w Warszawie w roku 1794, podczas insurekcji kościuszkowskiej. Opisuje to wieszanie jako cierpliwy badacz szczegółów, które zazwyczaj bagatelizują historycy. W dodatku wieszanie sprzed przeszło dwóch stuleci lokalizuje na planie dzisiejszej Warszawy, a więc według niego jedną z szubienic można było widzieć z okien Instytutu Badań Literackich w Pałacu Staszica, a inna stała tam, gdzie dziś zakręca tramwaj. Dzięki temu wieszanie A.D. 1794 zbliża się na wyciągnięcie ręki, jest przy nas.
Wieszanie według Rymkiewicza jest misterium. Wieszania dokonuje „wielki potwór”, którym jest tłum, opanowany ideą wieszania do tego stopnia, że podczas jednego z wieszań 1794 r. dopiero przypadkowy przechodzień zwrócił uwagę wieszającym, że wieszają nie tego, kogo chcieliby powiesić, lecz było już za późno i w istocie wieszającym było wszystko jedno. „Ale ostrzegałbym przed twierdzeniem – pisze Rymkiewicz – że wieszający tłum jest czymś nieludzkim i że wieszanie jest nieludzkie. Przeciwnie. Wieszający tłum jest jednym człowiekiem (wieszają wszystkie ręce, które tam są), a wieszanie jest głęboko, najgłębiej ludzkie (…). Wieszanie jest jedną z niewielu czynności ludzkich, które nie mają kompletnie nic wspólnego z czynnościami świata zwierzęcego i roślinnego”, dodaje Rymkiewicz, a jako mieszkaniec domu z ogrodem w Milanówku zna się na roślinach. Co nie znaczy zresztą, że autor szczególnie lubi gatunek ludzki czy też uznaje jego wyższość. „Gatunek, do którego należymy – pisze – kiedyś zniknie z pożytkiem dla planetarnej całości – wcześniej czy później coś takiego z pewnością nastąpi i myślę o tym z prawdziwą przyjemnością”.
Z przyjemnością też pisze o wieszaniu insurekcyjnym 1794 r., powiada wręcz, że „jeśli w Polsce jest jeszcze coś do kochania, to właśnie to – ta jej cudowna insurekcja”, czyli „kompletna anarchia”, podczas której „każda kurwa zza Żelaznej Bramy, każdy woźnica, każdy lokaj, każdy podchorąży”, a nawet każdy Żyd z Nalewek mogli się wspiąć na katafalk, na którym leżał otruty – jak się uważa, przez samego króla – jego brat, prymas bp Michał Poniatowski, i każdy mógł odsunąć chustę przykrywającą twarz eminencji, aby sprawdzić, czy to rzeczywiście on i czy naprawdę nie żyje, chociaż wcześniej cudem uniknął stryczka.
I tu wchodzimy w historię. Rymkiewicz żałuje, że wówczas, kiedy wieszano biskupów, nie powieszono także prymasa, a wówczas, kiedy wieszano hetmanów, nie powieszono także króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Autor „Wieszania” widzi ku temu wiele powodów, przytacza sumy, które król brał od carycy i jej ambasadora; są to kwoty oślepiające, które uważa i tak za zaniżone. Mówi również przewrotnie, że „powieszenie króla byłoby niezwykle korzystne dla niego samego (nawet jeśli on byłby w tej sprawie innego zdania)”. Król niepowieszony pozostaje bowiem „królem niewyraźnym”, ni to tchórzliwym, ni to roztropnym, ni to zatroskanym o naród, ni to rozpustnym sybarytą, a „gdyby go powieszono, natychmiast i na wieki straszliwie by się uwyraźnił – stałby się królem powieszonym”. Rymkiewicz poeta nie może też nie wyobrazić sobie tej sceny: „i jego kamizelka w różowe paseczki – cóż za widok wspaniały!”, co nabiera dodatkowego smaku w obliczu uwagi autora, że według zapisków ówczesnych większość powieszonych wieszano nie wiedzieć czemu w szlafrokach, a co do koloru i kroju ich kamizelek naoczne świadectwa są dramatycznie sprzeczne.
Rymkiewicz chciałby powiesić króla z jeszcze jednego powodu: „Naród ufundowałby się na tym morderstwie, stałby się przez ten czyn groźnym i dzikim narodem królobójców i ten czyn dziki i straszny uczyniłby Polaków (może przedwcześnie, a może w samą porę) narodem nowoczesnym, idącym poprzez krew ku swoim przeznaczeniom”.
Jest to zdanie ważne. Rymkiewicz kazał mi na nowo powrócić do lektur stanisławowskich, do „Sporu o Stanisława Augusta” prof. Andrzeja Zahorskiego, a także do „Mojego przyjaciela króla” zakochanego w Stanisławie Auguście mojego przyjaciela Józefa Hena. Z lektur tych nie wynika jednoznacznie szubienica dla monarchy, chociaż gdyby go powieszono wówczas, w „kompletnej anarchii” roku wieszania 1794, najlepsze, razem z obiadami czwartkowymi, królewskimi Łazienkami i Konstytucją majową miał za sobą. A przed sobą już tylko poniżenia.
Być może jednak prawicowy pisarz Jarosław Rymkiewicz mówi o czymś innym. A więc nie tylko o tym, że stalibyśmy się narodem dzikim i groźnym, bo wieszającym, co mogłoby być w wielu momentach naszej późniejszej historii przerażające, ale także o tym, że powiesiwszy króla i prymasa, zyskalibyśmy to, o czym wspomina jednym słowem: „nowoczesność”.
Nie trzeba dowodzić, że Polska widziana ze szpalt dzisiejszych gazet nie jest krajem nowoczesnym. Francja stała się nowoczesna w rezultacie gilotyny, której to gilotyny – jak twierdzi Rymkiewicz – dlatego nie sprowadzono do Polski, bo była zbyt kosztowna i wymagała fachowej obsługi. Nowoczesna stała się Anglia, ponieważ Cromwell obciął głowę Karolowi I. Pod wpływem Husa i bitwy pod Białą Górą, która wytrzebiła szlachtę, nowoczesne stały się Czechy.
I w żadnym z tych krajów nie jest dziś możliwy premier przemawiający od jasnogórskiego ołtarza do tłumu, „wielkiego potwora”, i nazywający go Polską. W żadnym nie jest też możliwy spór, czy literatura ma nakładać klapki na oczy, czy też otwierać umysły także na dzieła tak szokujące jak choćby książka Rymkiewicza.
To sugeruje, być może wbrew sobie, prawicowy pisarz. Spiritus flat ubi vult.

Wydanie: 29/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy