Znaki zapytania

Znaki zapytania

Przed wyborami prezydenckimi niektórzy politycy i komentatorzy mówią: przeraża nas to, że w Polsce każdy może być kandydatem na prezydenta. To dowód na niedojrzałość naszej demokracji. A może demokracji wszędzie? Jeden z kilku symptomów, że demokracja jako system przeżywa kryzys, że krew przestała już swobodnie krążyć w arteriach. Pół biedy, kiedy jest jakiś osobliwy kandydat. Cała bieda, gdy ktoś taki zostaje prezydentem albo jest o włos od wygranej. Zapomnieliśmy, jak Stan Tymiński toczył równą walkę z Tadeuszem Mazowieckim. Startował też kiedyś niejaki Leszek Bubel. Teraz takich karykatur nie ma. Można powiedzieć, że wszystko się uśredniło. Ani orłów nie widać, ani potworów z wyjątkiem osobliwości przyrodniczej w postaci Korwin-Mikkego. Wygrana Komorowskiego będzie znakiem, że zdrowy rozsądek u nas górą.

Trudno jest ładnie się rozwieść. Podobnie trudno elegancko się żegnać z polityką. Czyli z władzą. To wielki narkotyk. Odchodzenie Palikota, który zmarnował tak duży kapitał polityczny, że można go porównać do dawnych posiadłości magnackich przegrywanych w karty. Kiedyś rozmawiałem z nim do późnej nocnej godziny. Uwodził, był inteligentny, miał sporą wiedzę i był jakby z mojej piaskownicy. Pasja, z jaką mówił o PiS: „Oni spuścili ze smyczy najgorsze, podłe instynkty: zawiść, niechęć, zazdrość, spiskową teorię dziejów, nieakceptowanie innego, ksenofobię – po prostu tragedia, polska tragedia”. Mocno, ale trafnie. O sobie też mówił celnie: „Nigdy nie panuję nad sobą w 100%. To trochę jak ostra jazda na nartach”. Tu jest element ryzyka, balansowania na granicy. Tak jest z granicami, aż się łamie czasem nogę czy nawet kręgosłup. W finale naszej rozmowy zacytował Rilkego w tłumaczeniu mojego ojca: „Jeżeli opuszczą mnie moje diabły, obawiam się, że ulecą z nimi moje anioły”. Też mi się wydaje, że jego zalety są nierozłączne z jego wadami. Zły jestem na niego, ale także żal mi go, podobnie jak tej zmarnowanej potencji. A to utrwala polski podział na PiS i PO, zakrzepły w lodowej nienawiści.

Znajomi lekarze są sfrustrowani. Ucichły afery rozdmuchane przez media, ale nieufność pacjentów została. I liczne choroby naszej służby zdrowia. Choćby te bardzo polskie postawy roszczeniowe. Wielkim problemem stają się opinie pacjentów o lekarzach. Znam ten ból, byłem oceniany przez studentów, kiedy prowadziłem z nimi zajęcia. Ma to swoje dobre strony, ale też upiorne. Kiedy ma się złą wolę, łatwo zniszczyć reputację lekarza czy wykładowcy. Wracając do sprawy Kamila Durczoka, czy nie za szybko i nie za łatwo poszło mediom wykonanie na nim egzekucji? Straszna jest teraz potęga mediów, które w imię prawdy i sprawiedliwości czynić mogą wielkie krzywdy. Kiedy podwładni nie lubią szefa, bo jest cholerykiem, nie jest problemem dorzucić coś jeszcze i oskarżyć go o mobbing i molestowanie. Może na to nie być dowodów oprócz skargi jednej osoby. Nie znam w tej sprawie szczegółów, nie są ujawniane, i dobrze, ale niepokoi sam mechanizm oraz to, jak łatwo go uruchomić. I mamy kolejny znak, że zadomawia się u nas polityczna poprawność. W pewnej dawce dobrze ona Polsce zrobi, ale w wielu krajach Zachodu zaszła za daleko. Czasami skutki uboczne lekarstw niwelują ich pozytywne działanie.

Czytelnik „Przeglądu”, lekarz z Łodzi, po moich słowach, że w Rosji jest zakaz rozpowszechniania filmu „Lewiatan”, pisze do mnie, że zakaz był, ale się z niego wycofano. Film jest już pokazywany w Rosji i na seanse sprzedano bardzo dużo biletów. Można to sprawdzić w internecie. Ważny znak, że dyktatura Putina to jakaś nowa hybrydowa forma opresji. (Rosyjskie media mówią, że hybrydowa wojna prowadzona jest przeciwko nim). Dawny typ tyranii jest niemożliwy, również z powodu internetu. To nie jest więc powrót do czasów stalinowskich, ale do caratu z czasów, kiedy jednak ukazywały się książki Gogola i Czechowa.

Zmarł reporter i dziennikarz Wojciech Giełżyński. Ostatni raz widzieliśmy się na jakimś pogrzebie. Nie lubię chodzić na pogrzeby. Obrządki żałobne wydają mi się niewystarczające wobec tego, co się stało. I to, że ludzie potem idą za trumną, coraz częściej za urną, i gadają o niczym. Potworny smutek świeckich pogrzebów, ale religijne też są rozpaczliwe. W ramach religii powinna być wielka radość, że dusza przenosi się do innego, o wiele weselszego świata.

Dawno-niedawno temu siedzę w kawiarni z Wojtkiem Giełżyńskim i z Ryszardem Kapuścińskim. Oni ode mnie starsi, niektóre kręgi znajomych mieliśmy wspólne, a inne już nie. Szukali w pamięci wspólnych znajomych. Wymieniali osoby. Za każdym razem Kapuściński pytał: „Żyje?”, „Nie żyje?”. Czasami były problemy z uzgodnieniem stanu rzeczy. Wychodziło w sumie pół na pół. Teraz ich obu też już nie ma. A ja po latach lepiej rozumiem ciężar takich znaków zapytania.

Wydanie: 12/2015

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy