Taśmy pamięci

Taśmy pamięci

Zmarła Irena Szewińska, z domu Kirszenstein. Na taśmie mojej pamięci zapisane są jej liczne biegi z puentą finiszu. Ale czytam też w pewnym piśmie: „Irena Kirszenstein (Kirchenstein) to żydówka, urodzona w ZSRR, w Leningradzie w roku 1947. Rodzice należeli do rasowo uprzywilejowanej klasy żydostwa, które cieszyło się wszelkimi przywilejami w PRL-owskiej żydokomunie. Dlatego mogli podróżować swobodnie, osiedlać się tam, gdzie chcieli, i nie mieli kłopotu z wyczekiwaniem na mieszkanie”. Jak to możliwe, że rasistowskie pismo dostępne jest wszędzie – w kioskach, na stacjach benzynowych, w sklepach w całej Polsce? Ale trzeba odnotować, że z okazji tej śmierci pojawiło się mało wpisów antysemickich. Sportowcom – jak się zdaje – wybacza się złe pochodzenie. W 1995 r. byłem na targach książki w Göteborgu. Na polskie stoisko zaszedł starszy pan, przedstawił się jako ojciec Ireny Szewińskiej, emigrant roku 1968. W komentarzach o Szewińskiej powtarza się motyw, że była zwolenniczką PiS. Nie wiem, czy to prawda, ale na pewno znak, że bez tej wiedzy nie można teraz nawet żegnać człowieka.

Wystąpienie Mateusza Morawieckiego w związku ze zmianą w ustawie o IPN i podpisaniem wspólnej deklaracji z Izraelem. Jestem chory od jego nacjonalistycznego bajdurzenia, rzygać się chce. Podpalili dom, a teraz są dumni, że gaszą pożar. Żywioł narodowy oczywiście woła, że Morawiecki został kupiony przez Żydów. Ten jego podejrzanie długi, coraz dłuższy nos.

Na filmie „Zimna wojna”. Dobry. Czegoś jednak brakuje temu filmowi, może właśnie jest za zimny. Paweł Pawlikowski to jednak bardzo zdolny reżyser. I potwierdza się reguła, że Polak jest najlepszy, kiedy jest przegryziony jakimś elementem obcym (Chopin, Mickiewicz). Polak w czystej postaci bywa niedorobiony. Pawlikowski wychowywał się w Anglii, jego ojciec był żydowskiego pochodzenia, rodzina wyjechała z Polski w 1969 r. O tym, że Polakowi potrzebna jest jakaś domieszka, pisała w dziennikach Maria Dąbrowska, bardziej tu wiarygodna niż ja. Również w tym kontekście bronienie Polski przed imigrantami jest dla narodu szkodliwe. Gdy popatrzy się na piłkarskie drużyny wielu „białych” krajów, widać, jak są kolorowe. To są korzyści sportowe, ale też intelektualne, na nie jednak trzeba trochę poczekać.

Książka pisarza i malarza Henryka Wańka o piosenkarzu Maćku Zembatym „Szalone życie Macieja Z”. Wspomina w niej o mnie, z małym błędem. Ilekroć czytam o czymś, co zdarzyło się przed laty, czego byłem świadkiem, znajduję błąd lub przeinaczenie. Co warte są więc relacje świadków przeszłości? Coś są warte, ale fakty niemal zawsze wykoślawione, bo koślawa jest nasza pamięć. Waniek wspomina: „Mogło to być na końcu roku 1979, a może wczesną wiosną roku 1980 (…)”. I opowiada, jak siedzieli z Zembatymi u nich w domu, gwarzyli i palili marihuanę, gdy ktoś zadzwonił do drzwi. „(…) Stali przed nimi Tomek Jastrun i Leszek Szaruga. Weszli i szybko przedstawili mi swoją sprawę. Zbierali mianowicie podpisy pod jednym z licznych wtedy listów protestacyjnych”. Otóż nie był to jeden z licznych wtedy listów, ale bardzo szczególny. To był sierpień roku 1980, zbieraliśmy podpisy pod listem solidaryzującym się ze strajkującymi stoczniowcami. Henryk Waniek podpisał ten list bez wahania. Potem podsunęliśmy go do podpisania Zembatemu. Pamiętam, jak siedzi na podłodze i pochyla się nad tym listem, coraz niżej i niżej, a pot zaczyna spływać mu z czoła. Wszyscy milczeli. Po kilku minutach Leszek zabrał ten list w lęku, że będzie mokry, i wyszliśmy. Potem ilekroć spotykałem Maćka, nawet po wielu latach, szczególnie gdy był po alkoholu, pytał mnie błagalnie: „Tomek, masz może jakiś list do podpisu?”. To, że wtedy się przestraszył, dręczyło go do końca życia. Tak to wyglądało, a może nieco inaczej. Pamięć igra z nami, a my igramy ze swoją pamięcią.
Wracając do tamtego listu, jeździłem potem sam zbierać podpisy od ludzi znanych i mniej znanych ze środowisk twórczych. Ileż ja się napatrzyłem walk wewnętrznych, szamotania z sumieniem i gry z lękiem. Niezwykły to był czas. Pamiętam, że pojechałem do domu ZAiKS-u
w Konstancinie. Nagle zerwała się wielka wichura, jakby przyroda dawała nam jakiś znak. Zaszedłem po podpis do Jerzego Ficowskiego. O poręcz balkonu jego pokoju oparty był szczyt zwalonego przez wichurę świerku. „Las Birnam ruszył”, powiedział. I taki dałem potem tytuł mojemu reportażowi ze stoczni, gdzie zawiozłem list. Ileż bym dał za to, by ten las ruszył teraz na PiS.

Wydanie: 28/2018

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy