Epoka amerykańska

Epoka amerykańska

Toczy się międzynarodowa dyskusja na temat suwerenności państwowej. Nowatorzy, jak wiadomo, głoszą, że pełnej suwerenności państwom przyznać nie należy, ponieważ może ona stanowić ochronę dla dyktatorów naruszających prawa człowieka. Tradycjonaliści, zwani też suwerenistami, powtarzają stary i oczywisty argument, że uchylenie suwerenności może, co prawda, przy pewnych warunkach ograniczać samowolę dyktatury w jednym kraju, ale w innych przypadkach może ułatwiać dyktaturze ingerowanie w wewnętrzne sprawy innego państwa. W tym miejscu dyskusji już nie wysuwa się argumentów, lecz pokazuje się palcem na fakty: obecnie jedyną siłą zdolną do ingerowania w sprawy innych państw jest “społeczność międzynarodowa” ze Stanami Zjednoczonymi na czele, co zapowiada, że ewentualna ingerencja będzie dobroczynna, jak na przykład w Serbii. Mówi się o dyktatorach i ich zbrodniach trochę na wyrost, ingerencja jest potrzebna również tam, gdzie w wyborach powszechnych zła partia otrzymuje za dużo głosów. Krytyce zasady suwerenności towarzyszy też relatywizacja ważności demokratycznych procedur: nie zawsze są one rozstrzygające – mówią krytycy suwerenności. Przykładem takiego kraju, który nadużył demokracji, jest Austria i dlatego jej suwerenność powinna być ograniczona.
Naturalnym stanem rzeczy jest panowanie silniejszego nad słabszym, ale gdy decydującym czynnikom zachciało się trochę sprawiedliwości, słabym państwom dano takie same prawa jak silnym. Co prawda, słabe narody nadal były narażone na przemoc ze strony narodów silniejszych, ale przynajmniej mogły się wyżalić przed światem i dzięki temu zyskać pomoc lub sympatię. Dopóki istniało imperium radzieckie ze swoją doktryną Breżniewa, suwerenność wydawała się nam świętością. A dziś – co ją uświęca? Należymy do NATO, chcemy do Unii Europejskiej i tylko z rozpędu korzyści, jakie spodziewamy się mieć z tej przynależności, nazywamy umocnieniem naszej suwerenności.
Logik będzie się upierał, że suwerenność nie może być częściowa, w pewnym stopniu tylko ograniczona, ale do opisania życia potrzebne są także pojęcia nielogiczne. Nie posuwałbym nielogiczności aż do zgody na “częściowe ograniczenie suwerenności”, wprowadziłbym natomiast do tej dyskusji pojęcie nadsuwerenności. Nie jest ono nowe, ale z powodu swojej paradoksalności mało używane. Powiedzmy, że stoimy na gruncie ściśle rozumianej suwerenności. Czy nie stracimy jednak tego gruntu pod nogami, patrząc na suwerenne państwo bardzo duże, silne, bogate i uzbrojone tak doskonale, że może zniszczyć życie ludzkie na Ziemi albo rozłupać Księżyc i spoglądając jednocześnie na państwo małe i słabe, które także cieszy się uznaną suwerennością? Jeśli jedno i drugie jest suwerenne, to tak różnymi suwerennościami, że należałoby je nazywać odmiennymi słowami. Jeżeli upieramy się, że Polska jest suwerenna, to Stany Zjednoczone są nadsuwerenne. To, co im przysługuje, nie jest jakąś spotęgowaną suwerennością, lecz czymś jakościowo innym. Nawiasem mówiąc, również Związek Radziecki posiadał nadsuwerenność, lecz w mniejszym zakresie i w sposób mniej pewny, bo w jego potędze było dużo blagi.
O tym, że amerykańska nadsuwerenność nie jest powiększoną, czy spotęgowaną suwerennością, lecz czymś innym, możemy się przekonać, słuchając jednego z kandydatów w wyborach prezydenckich – Patricka Buchanana. Widzimy, że amerykańska potęga rozszerza swoją obecność na nowe kraje i nowe dziedziny życia. Stany Zjednoczone przewodzą “społeczności międzynarodowej” do tego stopnia, że poza nimi żadnej “społeczności międzynarodowej” chyba nie ma. Globalizacja uchodzi powszechnie za amerykanizację, a już z całą pewnością Stany Zjednoczone na razie mają z niej największą korzyść. Amerykańska hegemonia jest faktem, nawet wrogowie Ameryki muszą to przyznać. O ile w wielu krajach obrona suwerenności może być i jest przedmiotem propagandowego “dyskursu” suwerenistów i nacjonalistów, oburzonych amerykańską dominacją i interwencją w ich wewnętrzne sprawy, to taki sam niepodległościwy dyskurs wydaje się niemożliwy w samych Stanach Zjednoczonych. Tymczasem Patrick Buchanan mówi nam coś zupełnie odwrotnego. Otóż prowadzi on swoją kampanię w imię obrony suwerenności Ameryki. Właśnie. O ile na świecie mówi się – dobrze lub źle – o amerykanizacji, on ostrzega przed umiędzynarodowieniem swego kraju. Wszystkie te pakty militarne, organizacje handlowe, konwencje prawne itp. itd., za pomocą których Stany w mniemaniu własnym i cudzym rządzą światem, są zarazem więzami dla nich, środkami, za pomocą których inne narody wpływają na amerykańską politykę i gospodarkę. Buchanan dorobił się już etykietki rasisty, ponieważ do nieszczęść zalicza także napływ ludności z krajów pozaeuropejskich, nie adaptującej się do tradycyjnego amerykańskiego stylu życia i nie przyswajającej właściwej temu krajowi hierarchii wartości. Jest on postacią znienawidzoną przez wielkie media, ale w jednym punkcie jego krytycy twierdzą to samo co on: mocarstwo mające stosunki z całym światem, biorące na siebie odpowiedzialność za los odległych państw i narodów nie może zachować swojej tożsamości. Świat się niewątpliwie amerykanizuje, ale jednocześnie Ameryka się umiędzynarodawia. Amerykański suwerenista (tam nazywa się to nieściśle izolacjonizmem) stara się przeciwstawić procesowi prawie opatrznościowemu, który ludzie z tej strony Atlantyku nazywają Historią przez duże H.

Wydanie: 16/2000

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy