Zmienność pojęć

Zmienność pojęć

Bez uprzedzeń

Wiele podstawowych pojęć wypracowanych przez nowożytną filozofię polityczną zmienia lub traci sens we współczesnej demokracji. Zmiany te najdalej poszły w krajach, które nie mają ugruntowanej, długiej tradycji politycznej. Weźmy za przykład Polskę. W ostatnich latach zmieniło się znaczenie słowa „polityka” i jego pochodnych (polityk, polityczny). „Polityczny” w języku dziennikarzy i samych polityków znaczy coś zdecydowanie ujemnego, nagannego. Jeśli jedna partia chce zganić drugą za niewłaściwe głosowanie w Sejmie, to zarzuca jej kierowanie się względami „politycznymi”. Jakimi, jak nie politycznymi, względami trzeba się kierować w Sejmie? Religijnymi? Kumoterskimi? Interesem prywatnym? Parlament jest od początku do końca instytucją polityczną, na inne względy nie ma w nim miejsca. wydawałoby się, że politycy powinni przede wszystkim dbać o zachowanie powagi, prestiżu, godności swojego zajęcia, nie dopuszczać do jego poniżania. Tymczasem są pierwszymi w poniżaniu polityki. Słyszy się nawet pełne zgorszenia głosy, że „Sejm stał się miejscem uprawiania polityki”. Jeden z dzisiejszych ministrów napominał przy jakiejś okazji, że „nie należy pozwolić na upolitycznienie państwa”. Zdaje mi się, że kiedyś już o tym wzmiankowałem. Nie jest to problem wyłącznie językowy. Używanie słowa „polityczny” w znaczeniu „partyjny” wskazuje, że partie stały się głównymi podmiotami polityki i że one z państwa uczyniły instytucję usługową dla swoich interesów. Jest to przemiana prowadząca do poważnych i negatywnych skutków. Najbardziej widocznym jest wyeliminowanie z polityki typu męża stanu na rzecz partyjnego lidera. Do władzy w państwie dochodzi się poprzez karierę partyjną, a tego rodzaju karierę robi ten, kto mocniej chce. Przebiegłość w manipulowaniu bezpośrednim otoczeniem oraz masami zastępuje kwalifikacje wymagane od męża stanu, takie jak zdolność obejmowania myślą wielkich całości (naród, stosunki międzynarodowe), jak patriotyzm, jak poczucie odpowiedzialności za kraj, jak umiejętność dostrzegania w gąszczu interesów i plątaninie celów tego, co w okresie państwowego monopolu na politykę nazywano racją stanu.
Racja stanu w wielopartyjnej demokracji przestała być pojęciem zrozumiałym. Istnieje tyle pojęć racji stanu, ile partii. Trzeba oddać sprawiedliwość tym działaczom, którzy dostrzegają rozbieżność między interesem partyjnym a państwowym, nawet jeśli wygłaszają to na sposób naiwny lub cyniczny. Można w tym widzieć pierwszy krok w stronę podporządkowania partii interesowi państwowemu. Nie dają nadziei na poprawę partie, których przywódcy zakuci są w przekonaniu, że co dobre dla ich partii, dobre jest też dla państwa.
W Polsce, gdzie starania o upamiętnienie poległych są sprawą nie tyle etyczną, co polityczną, dbałość o groby i pamiątki cierpień narodowych uchodzi za spełnienie najwyższego wymogu racji stanu. Priorytet dany dobrym granicom natomiast może uchodzić za przejaw zdrady narodowej.
Również pojęcie suwerenności zatraciło jasny sens, jaki nadali mu – wyrażając realia polityczne swojego czasu – Jean Bodin, Hobbes czy Blackstone. W świecie demokratycznym nikt nie jest suwerenny. Każdy podmiot zależy od wielu innych podmiotów politycznych i rząd formalnie wyrażający wolę „suwerennego ludu” nie stoi poza tymi zależnościami. Tylko suwerenność ludu nie straciła swego pierwotnego sensu, ponieważ nigdy go nie miała. Została wymyślona przez Jana Jakuba Rousseau jako paradoks, gra słów, której kalką będzie później „dyktatura proletariatu”. Jak mało „suwerenność” dziś znaczy, uświadamiają nam politycy zapewniający, że nasza suwerenność narodowa została umocniona wskutek przynależności do NATO i jeszcze się zwiększy, gdy zostaniemy przyjęci do Unii Europejskiej. Jest to słowo o sensie tak nikłym, że może oznaczać dwa stany rzeczy całkowicie odmienne: niezależność w decydowaniu i ograniczenie tej niezależności. Z rzeczownika niepostrzeżenie przemieniło się w przymiotnik służący do chwalenia takich lub innych dążeń politycznych.
Ciekawym przemianom w demokracji ulega trójpodział władz. Pod względem formalnym jest on ciągle doskonalony, uściślany i znajduje się pod czujną opieką trybunałów konstytucyjnych. Jeśli chodzi o jego stronę rzeczywistą, to widzimy, że słabnie. Parlament jest ciałem ustawodawczym i jednocześnie dużym rządem. Masy w swoich dążeniach wolnościowych nie zadowalają się normami konstytucyjnymi, lepszą gwarancję widzą w słabości władzy wykonawczej. Ochronę, jaką prawo daje jednostce przed nadużyciem władzy sądowniczej, ogół postrzega jako chronienie przestępców przed karą, bo przeciętny uczciwy człowiek, niemający przecież kontaktu z prokuratorem czy sądem, takiej ochrony nie potrzebuje.
Wszystkie trzy władze działają pod presją nieustannie mierzonej opinii publicznej, interpretowanej przez media. Chce ona przeważnie tego samego od wszystkich władz, wskutek czego zaciera między nimi granice i nakłania do funkcjonalnej jedności.
Wola ludu wyrażana w sondażach jest zaledwie półfabrykatem. Pełnowartościowym produktem politycznym staje się dopiero po zinterpretowaniu przez media. W ten sposób gazety i telewizja stają się głosem ludu, przed którym muszą ugiąć się wszystkie trzy władze. Jeżeli w świecie demokratycznym przysługuje czemuś suwerenność, to chyba tylko mediom.

 

Wydanie: 48/2003

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy