Napad czyli wszy medialne

Zapiski polityczne

3 października 2001

Napisałem niedawno kilka życzliwych Andrzejowi Lepperowi słów, gdyż na nie zasłużył swoją spolegliwą postawą wobec koalicji SLD-UP, której przypadł w udziale ciężki obowiązek wyciągania kraju z bagna, w jakie wpakowała je arogancka prawica, łapczywa na korzyści ze sprawowania władzy wykonywanej bardzo nieumiejętnie. Lepper, słynny ongiś z radykalizmu i ulicznego awanturnictwa, po cudownym przeistoczeniu się w dostojnego polityka wykazał więcej zrozumienia i odpowiedzialności za państwo polskie niż ci panowie z prawicy, którzy grymaszą na wezwania koalicji nakłaniające ich do przejęcia choćby cząstki odpowiedzialności za przyszłość kraju. Grymaszą i udają niewiniątka, jakby nigdy nie uczestniczyli w rządzeniu. Stawiają warunki i w ogóle robią zdumione miny na wszelkie propozycje współdziałania.
Dziennikarska brać – nie tylko ta pospolita jej część, której zadanie prostego pytania: „Co tam słychać w polityce?” przychodzi z ogromnym trudem, ale nawet osoby poważne – zaciekawiła się moją życzliwą opinią o Lepperze. Natomiast drobnoustroje prasowo-telewizyjno-radiowe wykorzystały okazję do zorganizowanego, dawno przygotowywanego napadu na mnie. Jak było, opowiem, bo choć to wredna historyjka, jednak pouczająca o stanie ducha i moralności zawodowej tych figur.
Zatelefonował do mnie jakiś dziennikarz podający się za redaktora z programu „Fakty” z TVN. Zadzwonił do mego biura w Polskim Czerwonym Krzyżu, którym od kilku lat kieruję.
Nie odmawiam rozmów tym, co telefonują z prośbą o wywiad właśnie do siedziby PCK, gdyż zakładam, że będzie mowa o działalności tej zasłużonej od wieku instytucji charytatywnej. Nasza ofiarna praca nie budzi wielkiego zainteresowania mediów. Nie mamy im do zaoferowania żadnych sensacji. Chronimy potrzebujących i wołamy: „Bądźcie z nami w tym dziele”. Opiekujemy się słabymi, potrzebującymi pomocy, karmimy głodne dzieci, organizujemy im wakacje. Zwyczajne sprawy. Więc godzę się na spotkania.
Tym razem przybiegł wraz z operatorem filmowym zasapany panek i zaczął wypytywać o Leppera. Nie zorientowałem się w podstępie. Polegał on na tym, że zapewne od dawna – jak świadczy to, co pokazano na ekranie – przygotowywano przeciw mnie śmierdziela. Starannie zgromadzono materiał mający mnie kompromitować, nawet pewną poczciwą starowinkę z Krakowa skłoniono, by sobie na mnie użyła, i pokazano materiał mający wykazać, jakiego łotra i głupca Prezydent RP powołał na marszałka seniora zbierającego się wkrótce Sejmu RP. Krótko mówiąc, przygotowano napad, nie unikając żadnej podłości. Zarzuty da się streścić następująco: oto dawny opozycjonista, działacz „Solidarności”, porzucił swoje ideały i broni komunistycznych zbrodniarzy, pochwala strzelanie do robotników itd., itp. Krakowska staruszka opowiadała natomiast, że zmieniając tak bardzo przekonanie, zrobiłem to dla korzyści. Jakich, nie mówiła, bo wiadomo.
Zarzuty są tak głupie, że trudno mi z nimi polemizować. Żal mi tej staruszki, która dała się wplątać w moralne bagno medialne. Chcę ją uspokoić, że nigdy nie zmieniałem poglądów i zasad życiowych. Mija już ponad 60 lat, odkąd zostałem uwięziony przez Sowietów za próbę niesienia pomocy rodzinom wywiezionym do Kazachstanu na poniewierkę bądź zagładę, jak to się stało z rodziną mego stryjecznego brata Ryszarda. Miałem przy sobie w chwili aresztowania ponad 600 adresów wywiezionych rodzin, co wystarczyło, bym został uznany za szpiega i odpowiednio potraktowany, bym ujawnił wspólników. Kto był w podobnej sytuacji, wie, co wyprawiano z takim szpiegiem, wrogiem Związku Radzieckiego. Mój starszy brat Andrzej dostał w tym czasie „mocny” wyrok do Workuty. Ja zaś nie miałem jeszcze ukończonych 16 lat i to uratowało mi życie.
Od tego czasu robię zawsze to samo. Pomagam temu, kto potrzebuje pomocy. Nawet jeśli ten ktoś nazywa się generał Jaruzelski lub Józef Oleksy. Ta moja chęć pomagania krzywdzonym doprowadza do szału polską prawicę, z której rodzinnie i związkowo się wywodzę. Napad zorganizowany przez ludzi pana Waltera z TVN nie jest dla mnie niczym nowym. Sporo się w życiu nasiedziałem w więzieniach i obozach. Odbierano mi pracę i szansę kariery naukowej.
Reguły gry w środowisku prawicowym wymagają gnojenia generała Jaruzelskiego bez względu na prawdę o wydarzeniach z roku 1970. A także szmacenia premiera rządu RP, Józefa Oleksego, choć na postawione mu zarzuty nie było cienia dowodu. Nawet pismo owej krakowskiej staruszki, słynne dawniej z pięknej postawy moralnej, drukowało dość przykre, kłamliwe teksty o panu Oleksym. Istnieje pewien smutny kanon moralny prawicy – nie prawda się liczy, lecz przeszłość polityczna, od czego mogą być oczywiście wyjątki, jeśli jakiś dawny komuch w porę zmienił organizację partyjną na doradzanie „Solidarności”. Środowisko prawicowe wymaga od swoich członków dozgonnej wierności.
Cale życie pływałem jednak pod prąd wszelkich koterii i układów. To posiadanie własnego zdania jest ludziom uczciwym dobrze znane i cenione. Ale to kosztuje. Zawsze się znajdzie jakaś medialna wesz, która przypuszcza naiwnie, że mnie zniszczy, nadając rozgłos jakiemuś opluskwianiu mnie. Ci spoceni, zasapani ludkowie sądzą, że dzięki temu zdobędą sławę w środowisku zawodowym. Tak, na pewno zdobędą. Wśród takich samych medialnych wszy jak oni. Każdy polityk walczący o prawdę i udzielający pomocy jej potrzebującym musi się liczyć z istnieniem i rzekomą potęgą owych medialnych wszy.
Mówię „rzekomą”, gdyż ogół osób uczciwych dobrze rozróżnia kategorie ludzi. Doświadczyłem tego wiele razy. Donoszono na mnie, organizowano przeciw mnie kampanie prasowe, szantażowano, skłaniano do współpracy z bezpieką, ohydny donos przeciw mnie napisał do Jerzego Giedroycia wielki poeta. Mam ten list w archiwum. Powodem była moja opinia, że amerykańskie sankcje gospodarcze przeciw Polsce są zabójcze dla ludzi, nie dla rządu. Wszystko przeżyłem. Wszy ubraniowe i włosowe też miałem. Te medialne są gorsze. Nic to. Do końca życia niedaleko.

 

Wydanie: 41/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy