Zabrałeś serce moje

Zabrałeś serce moje

Ileż się trzeba natrudzić, by ocieplić kandydata! Chodzi oczywiście o sezonową, bo wyborczą modę na ocieplanie wizerunków polityków. Także, a może przede wszystkim tych, o których nawet bliscy współpracownicy mówią, że są drewniani jak noga od stołu. A jako tacy mimo swojej siermiężnej autentyczności są po prostu niewybieralni. Wydawać by się więc mogło, że brak talentu w naturalny sposób eliminuje takie osoby z gry o najwyższe stawki w polityce. Ale gdzież tam! Przecież takich polityków napędza coś innego. Ponadprzeciętna ambicja i równie nieprzeciętna bezwzględność w osiąganiu celu. Mężami stanu będą co prawda tylko w oczach własnego dworu i płatnych heroldów, ale nie o to im przecież chodzi. Celem każdego kandydata na wodza jest bowiem władza, a drogą do niej jest własna, zwarta i zdyscyplinowana partia. Reszta to znalezienie możliwie najlepszych zawodowców od promocji, reklamy i marketingu w różnych postaciach. Ta branża przez lata zajmowała się przede wszystkim lokowaniem na rynku rozmaitych produktów, ale gdy pojawiły się szanse na zarabianie przy kampaniach politycznych, skwapliwie z tego skorzystała. I tak szybko potrafiła się rozepchać na tym rynku, że nikt już nie wyobraża sobie kampanii wyborczej bez budżetów na ich usługi. Jesienią czekają nas wybory samorządowe i bez ryzyka można napisać, że większość kandydatów na burmistrzów czy wójtów już o takiej pomocy myśli i zbiera na nią fundusze. I nie byłoby w tym nic zdrożnego, bo nie jesteśmy samotną wyspą, na którą nie trafiają wzorce z zagranicy, zwłaszcza amerykańskie, gdyby nie pewne dość istotne ale. Po ostatniej kampanii prezydenckiej widać, że u wielu kandydatów nie ma niczego poza formą. Czystą, nieskażoną głębszą myślą formą.
Słuchając tych bardzo zręcznych, ale plastikowych wodzirejów, zadawałem sobie pytanie o ich kompetencje do sprawowania tego wysokiego urzędu. Takich pytań nie musieli sobie zadawać specjaliści od promocji, bo dla nich liczy się tylko wypłacalność sztabu wyborczego. Ani najbliżsi współpracownicy liderów, którzy gorliwie i żarliwie wspierali ich na wszelkie możliwe sposoby. W tej konkurencji nie do pobicia jest posłanka PiS Beata Kempa, która na wiecu poparcia dla Jarosława Kaczyńskiego zaśpiewała „Zabrałeś serce moje” z takim uczuciem, że kamień by się wzruszył.
Czy nasi wyborcy są już tak czuli na oprawę artystyczną, w jakiej występują kandydaci, że zapomną o realnych interesach swoich środowisk i wybiorą showmanów? W tym rozdaniu na pewno jeszcze nie, ale czy taki moment nie zbliża się szybko? Jak dla mnie zbyt szybko.
Piszę tu o pomysłach na wabienie wyborców samym opakowaniem. To było najbardziej widać, bo i media skupiały się na pomysłach formalnych. Debaty kandydatów w polskim wydaniu to jakiś potworek. Sztuczne, ze znanymi z góry pytaniami i stoperami mierzącymi sekundy są li tylko pokazem zręcznego pustosłowia, a nie konkretnym sporem programowym. A im kandydat bardziej plastikowy, tym lepiej oceniany przez podobnych ekspertów. W tle kampanii toczyła się twarda walka o koalicje, jakie już za chwilę trzeba będzie budować w sprawach dotyczących przyszłości mediów publicznych, IPN czy reformy służby zdrowia. Nie da się przecież niczego sensownego zrobić bez kompromisów. Bez uznania szerszych racji i interesów pozapartyjnych.
Kampanie wyborcze mocno dzielą scenę polityczną, środowiska, a nawet rodziny. Taka jest natura walki politycznej. Ale naturą człowieka jest porozumienie, kompromis i dobra, przewidywalna przyszłość, na którą liczymy, kreśląc krzyżyk przy konkretnym nazwisku.

Wydanie: 25/2010

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy