Jabłko Benjamina

Jabłko Benjamina

O wpół do siódmej do pokoju wchodzi opiekunka, żeby zapalić ogień – zaczyna się święto pieczonego jabłka. Ognie z kominka rozrzucają po parkiecie ruchome odblaski. Przedmioty wokół łóżka wyglądają inaczej niż zwykle. Chłopiec ostrożnie staje na podłodze – ona odbija coś jak rozgrzane druty, które przepychają się, nabiegają blaskiem. Na palcach podchodzi do ognia, otwiera drzwi szabaśnika. Sprawdza, czy jabłko zmieniło już zapach, czy puszcza pienisty sok. Młody Walter Benjamin w berlińskim mieszkaniu czuje coś, co opisze potem jako „ulotną wieść”, która może pochodzić z „głębszej i bardziej przemilczanej komórki zimowego dnia”. To zapowiedź świąt: wracając ze szkoły, chłopcy dostrzegają „zielone pieczęcie”, które zabezpieczają miasto jak świąteczną paczkę. Ale paczka i tak eksploduje – już teraz wysypują się z niej klocki, szaliki, książki. Niedoszły autor „Pasaży”, obok obfitości berlińskiego mieszczańskiego domu, pamięta także biedę: oto rodzice wysyłają dzieci, żeby kupowały od najuboższych wełniane owieczki i świece. Teraz kontrast jest największy.

Nie tylko Benjamin wykorzystał obraz, który jest najbardziej uderzający – społecznie i, pardon, literacko. Oprócz wielkich kryzysów to święta w najjaskrawszy sposób pokazują skalę kontrastów między ubogimi a bogatymi, samotnymi a tymi, którym udało się zbudować jakiś przytulny kolektyw. Wielu bohaterów literackich – od dziewczynek z zapałkami po Oliverów Twistów – właśnie teraz wpatruje się przez szyby w ciepłe wnętrza mieszkań, obserwując mrugające choinki. Wiadomo – ta najwyższa, sięgająca sufitu, zniknie (razem z całym światem), kiedy tylko zgaśnie zapałka.

Benjamin już wtedy, jako siedmioletni chłopiec, dostrzegał tę ponurą podwójność, którą zapowiadały upiorne odblaski na parkiecie, bolesna zabawa ze świecami czy przerażająca małpa Mumurela, która odsłaniała się na dnie talerza, kiedy posłusznie zjadał zupę. My również tę podwójność widzimy: w Kościele katolickim święto Bożego Narodzenia jest „nakazane” jako tradycyjna uroczystość liturgiczna. Jest też Boże Narodzenie najbardziej mieszczańskim świętem, które u schyłku nowoczesności opisywane jest przez narracje ekologiczne jako szkodliwe. Chodzi oczywiście o niezliczone plastikowe choinki, przechowywanie karpi, tony mikroplastiku (brokat!). Od lat narzekamy, że kapitalizm zmienił Boże Narodzenie w święto kupowania. I już nawet nikt się nie śmieje z ozdób, które dzień po Święcie Zmarłych zastępują smutne manekiny w sklepowych witrynach.

Ale nie da się tego zlekceważyć. W końcu każdy pamięta swoją pierwszą teatralną inscenizację – ze scenografią z waty i brokatu. Moment, kiedy za firanką pojawia się pierwsza „ogoniasta” gwiazda. Ceregiele z choinką. O północy – lękliwe spojrzenia na psa. Szepty i wrzaski za kurtyną. Do dzisiaj to popularna porada teatralna: nie masz pomysłu na scenę? Każ bohaterom ubierać choinkę. Więc ubieramy. Wracają stare filmy i wiersze – jak ten Reznikoffa: „Pokazując rozdarty rękaw, stary mężczyzna sztywnymi i drżącymi palcami / odrywa kawałek pieczonego jabłka, które lśni od cukru, / nabożnie oddając się strawie, wielkiej pocieszycielce”.

Małemu Benjaminowi tamtego dnia, w Berlinie, na przełomie wieków, wystarczyło pieczone jabłko. Ale ono pochodziło „z głębszej i bardziej przemilczanej komórki zimowego dnia”.

Wiersz Charlesa Reznikoffa w przekładzie Piotra Sommera pochodzi z antologii „O krok od nich”, Karakter, Kraków 2018

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy