Historia pewnej habilitacji

Historia pewnej habilitacji

Zacząć mi przychodzi od zużytego, a pomimo to słusznego truizmu. Postęp nauki opiera się na tych, którzy proponują i przynoszą ciągle coś nowego. I zawsze zesklerociały establishment będzie się im opierał, dlatego, po pierwsze, że nie lubi, po drugie, że nie rozumie. Wtedy „nowinkarz” ma dwa wyjścia: albo paść na kolana i lizać stopy dostojnych starców, albo obstawać przy swoim. Wiadomo, jak było z Galileuszem. Dajmy sobie jednak spokój z patetycznymi porównaniami. Wyjechałem z Polski przed ponad 40 laty. Nie zmienia to faktu, że śledzę prawie wszystko, co się dzieje w polskiej antropologii kulturowej, jakie dziwne się tam dostaje habilitacje i belwederskie profesury. Mogę też, z pełną odpowiedzialnością, zrobić ranking tych, którzy ruszają polską antropologię kultury z posad. Z całą pewnością znajdzie się w nim na czołowym miejscu dr Krzysztof Piątkowski z Łodzi. Należy on do nieszczęsnego plemienia ludzi – mam przykład jeszcze jednego wielkiego etnologa polskiego chorego na tę samą przypadłość – nieumiejącego postawić kończącej kropki. Zawsze będzie jeszcze jakiś przykład, ciekawy cytat, teza do polemiki… To trwa i powoduje, że w administracyjnej hierarchii nabiera się administracyjnego opóźnienia, na które administracyjni durnie przez wyłącznie administracyjny pryzmat spoglądają. Nie obchodzi nikogo, że ta akurat praca, latami cyzelowana i poprawiana, to perła, o jakiej zadowoleni z siebie, zasiedziali w uczelnianych przywilejach powtarzacze własnych skryptów mogliby tylko pomarzyć. Przeciwnie, właśnie dlatego zrobią wszystko, żeby w korporacyjnym duchu unicestwić ewentualnego rywala. Argumentami za utrąceniem pracy habilitacyjnej Krzysztofa Piątkowskiego przez Radę Wydziału Humanistycznego SWPS w Warszawie („prywatnymi” oczywiście) było: „Stanąłeś przed obliczem mędrców i powinieneś być malutki”. Tyle prywatnie, ale już w trakcie oficjalnej dyskusji okazywało się, że habilitant popełnia arogancką niestosowność, broniąc swoich racji i wizji naukowej. Owszem, przyznaję, w wielu dyskusjach naukowych, jakie miałem z Krzysztofem Piątkowskim, nieraz mnie atakował i wytykał mi potknięcia. Cóż za bezczelność – jakiś doktorek z Łodzi podskakuje mnie – profesorowi Sorbony (EPHE) i członkowi Europejskiej Akademii Nauk! Otóż nie tylko wiele na tym skorzystałem, ale też nauczyłem się podwójnie cenić mojego interlokutora mającego swoje głęboko podbudowane poglądy i niewahającego się ich bronić. Jak widać, na SWPS w Warszawie obowiązuje inna wizja świata. Bardzo mi trudno uwierzyć, że wolna myśl antropologiczna na niej skorzysta. Nie chcę wnikać we wszelkie regulaminowe nieprawidłowości towarzyszące kolokwium habilitacyjnemu Krzysztofa Piątkowskiego, a było ich co niemiara. Fascynuje mnie natomiast wynik głosowania: osiem kartek za, cztery przeciw, 11 wstrzymujących się od decyzji. Można oczywiście przyjąć pokrętną koncepcję głosowania, podług której kandydat musi przekroczyć barierę 50% poparcia. Wtedy jednak logicznie wstrzymanie się jest równoważne z głosowaniem przeciw. Na co więc ta szopka? Czyżby po to, żeby ulżyć rozedrganemu sumieniu głosujących? Ja nic nie wiem, nie słyszałem, ja się wstrzymałem… Połowa (sic!) Rady Wydziału Humanistycznego SWPS w Warszawie nie jest w stanie podjąć decyzji w kwestii, która nie pociąga za sobą, jak mi się wydaje, konsekwencji międzynarodowych, społecznych, podatkowych etc. Czy dr Krzysztof Piątkowski jest godzien zasiąść w ich gronie? Nawet w naszym skłóconym i ośmieszanym codziennie Sejmie nie zdarzyło się, żeby wobec o ileż bardziej złożonych problemów połowa posłów wsadziła głowę w piasek. A może gdzieś tam po dostojnym gremium kołatała się wstydliwa myśl, że on godniejszy niż niektórzy z nas? To by dopiero była nieprzyzwoitość uprawniająca do utrącenia kandydata na wieki wieków amen.
Dlaczego o tym piszę? Dr Krzysztof Piątkowski w uznaniu jego dorobku i kompetencji naukowej był zaproszony przez V Wydział École des Hautes Études, której profesorami byli m.in. Claude Levi-Strauss, Mircea Eliade, Georges Dumézil, na gościnne wykłady, które odbywał w ramach mojego seminarium. Spotkały się one z jednogłośnym uznaniem. Gość z Polski nie musiał się też płaszczyć (nie ma tutaj takiego zwyczaju – każdy ma prawo do swoich racji i ich „aroganckiej” obrony) przed znakomitościami naszej uczelni, których nam doprawdy nie brakuje i których pewnie SWPS mogłaby jej pozazdrościć. Powstaje więc pytanie: skoro w Paryżu zyskuje pan Piątkowski szacunek i uznanie, a na SWPS w Warszawie połowa komisji egzaminacyjnej woli na dźwięk jego nazwiska uciekać do toalety, czy oznacza to, że tak nieskończenie wyższe są standardy naukowe w Rzeczypospolitej w porównaniu z francuskimi? Jeżeli tak, to skoro jest tak dobrze w nauce polskiej, dlaczego jest tak źle? Myślę, że kazus dr. Krzysztofa Piątkowskiego w jakiejś mierze nam to wyjaśnia. Wobec wymoczków i nieudaczników naukowych rady wielu polskich uczelni (uwaga – mogę sypnąć przykładami, więc serdecznie odradzam urażone i uroczyste sprzeciwy) są cieplutkie, zgodne, tolerancyjne, wręcz matczyne. Przed tymi, którzy chcą powiedzieć coś nowego, albo choćby tylko nazbyt inteligentnego, zamykają się drzwi salonów. A polska pociotka muzy nauk humanistycznych Klio drze się zza trzepaka: „Tylko pokornie synku, pokornie do jasnej cholery, tutaj nie rozum, ale uległość się liczy”.

Wydanie: 31/2013

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Komentarze

  1. Anonimowy
    Anonimowy 20 sierpnia, 2013, 22:04

    Interesujący przykład, ale mam kilka pytań i kilka uwag.
    SWPS nie ma Wydziału Humanistycznego.
    To, że członkowie Rady Wydziału wstrzymywali się od głosu nie oznacza, że nie umieli podjąć decyzji. Wszyscy (no, może prawie) wiedzą, że w głosowaniach nad nadaniem stopnia głos wstrzymujący oznacza dokładnie to samo, co głos przeciwny. Takie jest prawo. Wstrzymywanie się jest pewną formą poprawiania kandydatowi sobie i samopoczucia, nic nie znaczącym gestem.
    Tak naprawdę istotne dla opisanej sprawy jest to, jakie były recenzje. Rada Wydziału miała do dyspozycji cztery opinie, dwie od osób wyznaczonych przez siebie, dwie od osób wyznaczonych przez CK. I Rada Wydziału prawie na pewno głosowała zgodnie z sugestiami recenzentów. Tak robi każda rada wydziału, bo kilkudziesięciu członków rady nie będzie analizować dorobku kandydata. Po to są recenzenci. I ewentualne pretensje można mieć do nich. Prawdopodobnie część z tych recenzji zawierała propozycje odrzucenia habilitacji. I osoby, które są niezadowolone z werdyktu Rady, powinny z tymi recenzjami polemizować. A wcześniej je przeczytać. Recenzje nie są tajne (w nowej procedurze są wręcz ściśle jawne i są umieszczane w Internecie).

    Nie bronię decyzji Rady Wydziału. Nie pracuję na SWPS, ani na żadnej innej uczelni w okolicy. Bywa, że rady podejmują decyzje niesłuszne, a nawet wręcz skandaliczne, ale Pana tekst nie przekonał mnie, że tak było w tym przypadku.

    Z poważaniem

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. rafał kleśta-nawrocki
    rafał kleśta-nawrocki 4 września, 2013, 12:14

    Ludwik Stomma w swoim felietonie stawia ostro pytanie „Jeżeli tak, to skoro jest tak dobrze w nauce polskiej, dlaczego jest tak źle?”, i ilustruje je charakterystyczną dla siebie mikrohistorią. Nie wiem czy felieton autorstwa paryskiego profesora by mnie przekonał, raczej należę do osób przekonanych. Pisałem u dra Krzysztofa Piątkowskiego licencjat z etnologii i byłem jego studentem, nie podejmuję się oceny jego dorobku, bo raczej sam tym dorobkiem jestem. Wydaje mi się jednak, że po felietonowa wypowiedź „Interesujący przykład, ale” (anonimowa zresztą) potwierdza ducha komentowanego tekstu i nie najciekawszą niekiedy kondycję administracyjnego funkcjonowania nauki w Polsce. Jeśli argumentem wyjściowym ma być to, że SWPS nie ma Wydziału Humanistycznego – to w istocie dr K. Piątkowski zasłużył sobie na lincz, a prof. Ludwik Stomma błądzi jak dziecko we mgle, nauka polska zaś ma się dobrze, bo zawsze ktoś odpowiednio ponazywa wydziały. Pomińmy nawet to, że obecny Wydział Kulturoznawstwa i Filologii SWPS informuje na swojej oficjalnej stronie internetowej, iż „powstał z połączenia Wydziału Nauk Humanistycznych i Społecznych działającego od 2001 r. z Wydziałem Filologicznym działającym od 2006 r. Nowa organizacja jednostek dydaktycznych nastąpiła 28 września 2012 r.”(http://www.swps.pl/warszawa/wydzial-kulturoznawstwa-i-filologii). Być może więc w felietonowej retoryce dokonanie skrótu nazwy Wydziału było dopuszczalne? Informacja prosta do sprawdzenia, nie jest natomiast tak łatwo z dostępnością recenzji, autor wpisu przekonuje, że „Recenzje nie są tajne (w nowej procedurze są wręcz ściśle jawne i są umieszczane w Internecie)”. Na stronie SWPS nie sposób ich jednak znaleźć, na stronie Centralnej Komisji do Spraw Stopni i Tytułów przewidziano jedynie zakładkę „Recenzje w przewodzie doktorskim”. A jak będzie? Otóż tak, jak z polską nauką – nie wiadomo; jedni zrobią tak, inni siak (no i tak robią). Zgodnie z Art. 18a. [Ustawa z dnia 14 marca 2003 r. o stopniach…, ze zmianami z dnia 18. 03. 2011 r.] „Rada jednostki organizacyjnej zamieszcza na stronie internetowej wniosek osoby ubiegającej się o nadanie stopnia doktora habilitowanego wraz z autoreferatem, informację o składzie komisji habilitacyjnej, harmonogram przebiegu postępowania oraz uchwałę o nadaniu lub odmowie nadania stopnia doktora habilitowanego, wraz z uzasadnieniem”. Czy mowa tu o recenzjach. Nie! Czy wydziały, które zdecydowały się umieszczać w wersji elektronicznej recenzje w przewodach habilitacyjnych są nadgorliwe, naruszają prawo, na podstawie jakiej licencji są udostępniane recenzje i czy uzyskano zgodę autorów? Jak zatem polemizować z recenzjami, skoro pole dla pólemos jest tak grząskie? No i wreszcie argument z wpisu: „Wstrzymywanie się jest pewną formą poprawiania kandydatowi sobie i samopoczucia, nic nie znaczącym gestem” zasługuje tylko na komentarz, że wstrzymywanie szkodzi. Jeśli autor wpisu poważnie uważa, że takie zachowanie poprawia kandydatowi samopoczucie, to tkwi w błędzie, a komentarze korytarzowe i internetowe nazywają rzecz po imieniu (http://forum.gazeta.pl/forum/w,87574,146426270,146452426,Re_zmian_nie_bylo.html); jeśli „głos wstrzymujący oznacza dokładnie to samo, co głos przeciwny”, to dlaczego nie ma tylko głosów za i przeciw. Rację ma Ludwik Stomma, pisząc: „Na co więc ta szopka?” Bo niekiedy szopka to w istocie, tyle że decyduje o karierze i losie ludzi; tyle, że odzwierciedla działanie nauki w Polsce (wstrzymywanie się, „wsadzanie głowy w piasek”, administracja, mgliste procedury etc.) Szopka bożonarodzeniowa daje nadzieję, ta habilitacyjna niestety nie. L. Stomma zagaja: „jakie dziwne się tam dostaje habilitacje i belwederskie profesury”, w związku ze zmianami w szkolnictwie wyższym i magiczną, absurdalną formułą 8 lat dziwność ta pewnie osiągnie swe apogeum. Krzysztof Piątkowski nie zasłużył sobie na tę naukową hucpę, nie zasłużył sobie na pracę i awans naukowy w ramach tak skrojonego systemu. Nikt z nas nie zasłużył. (rafał kleśta-nawrocki)

    Odpowiedz na ten komentarz
  3. Józef Brzozowski
    Józef Brzozowski 12 września, 2013, 07:03

    Mandarynat.
    Jestem emerytowanym górnikiem bez matury. Mam dwoje dzieci, oboje mają „mgr” przed nazwiskiem. Pracowałem kiedyś z kolegą który był po studiach. Pan Magister. Jego wiedza zawodowa była jednak porównywalna z moją. Czasem były spory na temat sposobu wykonania konkretnej pracy, i on nie mając już innego argumentu używał swego tytułu naukowego jako czegoś, co miało przechylić szalę w sporze na jego stronę. Wtedy powstało we mnie przeświadczenie że „nie ważne jest czy ktoś ma tytuł magazyniera (w skrócie mgr) przed nazwiskiem, ważne jest jaki ma magazyn, jakie towary ma w tym magazynie i jaki porządek w nim”. Bardzo szanuję Pana Ludwika Stommę nie za to że jest profesorem, a za Jego felietony które ku memu zadowoleniu znajduję w Przeglądzie, a pamiętam Pana Ludwika felietony jeszcze jak czytałem systematycznie Politykę, którą ładnych kilka lat temu zamieniłam na Przegląd. Pozdrawiam, Józef Brzozowski.

    Odpowiedz na ten komentarz
  4. Anonimowy
    Anonimowy 16 lutego, 2014, 14:05

    Internet tak jak papier, cierpliwy jest i wszystko przyjmie. Zatem fraza „Nowa organizacja jednostek dydaktycznych nastąpiła 28 września 2012 roku” ze strony SWPS brzmi ładnie, ale nic wspólnego z prawdą nie ma. Datowane na 12 października 2012 r. pismo pani prodziekan informowało, że niestety, wydział się nie ukonstytuował i nastąpi to w listopadzie, a sądząc po kolejnej sytuacji, nastąpiło to w grudniu 2012 roku. Zatem był prodziekan, byli studenci realizujący jakieś kierunki studiów, tylko bagatela, wydział był potencjalny, wirtualny, intencjonalny, jak go tam nazwać. Jednakże w „płynnej rzeczywistości ponowoczesnej” prawdą jest to, co przyjmiemy, iż jest prawdą. A my, to cudny, merytorycznie doskonały, etycznie może nienachalny acz trzymający się zasad- swoich jedynie słusznych zasad- zespół uczonych Wydziału Nauk Humanistycznych i Społecznych SWPS, który niczym meteor zniknął z firmamentu 3 lipca 2012 roku o godzinie 14 00. I najważniejszą sprawą tego dnia nieszczęsnego, oczywiście tylko dla delikwenta niegodnego dostąpić zaszczytu „aktu agregacji”- włączenia do grona samodzielnych uczonych, nie była kwestia kolokwium, które rozpoczęło się o 11 15, ale „kwiatów dla rektora” (uroczyste rozwiązanie wydziału! w obecności Jego Magnificencji). Akurat świadek tej sytuacji zapamiętał to pytanie, bo zadawała je późniejsza osoba funkcyjna Wydziału Wirtualnego, konferująca w tej sprawie na korytarzu oczywiście w trakcie! tzw. kolokwium. Cały zapis obserwacji (prawie uczestniczącej) został przesłany właścicielowi SWPS. Być może świadek zdecyduje się kiedyś na opublikowanie go, przy czym zastrzega, iż jest gotów poddać się badaniu wariografem aby potwierdzić prawdziwość opisanych w nim faktów. Powiedzieć, że było to zdumiewające, to użyć najwyższej skali eufemizmu. Niestety, ciąg dalszy także jest zdumiewający i zaiste trzeba mieć w sobie kopalniane pokłady złej woli, aby zrobić to, co się zrobiło. I na koniec- nasza nauka pieczołowicie doglądana i pilnowana w aspekcie jej wielkości i potencjału intelektualnego przez tuzów, mistrzów i strażników opiera się na trzech zasadach- wszystkie z ich ust padły: „stanąłeś przed obliczem mistrzów i powinieneś być taki malutki”, „jakbyś napisał pokornie, to już dawno byłbyś po kolokwium (trzeba pokornie, odwołanie jest aroganckie)” i „u nas się tego nie lubi”. Może, zawsze trzeba mieć nadzieję, cdn.

    Odpowiedz na ten komentarz
  5. Poszkodowana
    Poszkodowana 28 grudnia, 2015, 11:46

    Witam, reprezentuję nauki techniczne. Ten nasz kraj jest bardzo smutny. Jest bardzo dużo habilitacji pozytywnie rozpatrzonych pomimo tego, ze habilitanci nie maja międzynarodowego dorobku naukowego. Wystarczy odpowiednio dobrać Komisję Habilitacyjną jeżeli ma się znajomości.
    Proszę sobie poczytać recenzje z nauk technicznych: zero publikacji filadelfijskich i habilitacja została nadana.

    Jeżeli nie należy się do grona kolegów nawet lepszy dorobek niż sam recenzent nie pomoże (raczej zaszkodzi) i recenzja będzie negatywna.

    Przyczyna: jest wymóg, że aby zostać profesorem trzeba być dwa razy recenzentem. Profesorowie podejmują się recenzowania chociaż nie są specjalistami w dziedzinie. Koledzy tych recenzentów, którzy są u władzy załatwiają im bycie recenzentem. Koszty są nieważne – skrzywdzi się habilitanta – kto by się tym przejął. Najważniejsze że kolega zdobędzie upragniona możliwość zostania recenzentem.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy