Globalna gra i wielobiegunowy świat

Globalna gra i wielobiegunowy świat

„Nie można zachowywać się w XXI w. jak w XIX, dokonując inwazji na inny kraj pod całkowicie wymyślonym pretekstem”, stwierdził John Kerry w kontekście wydarzeń na Ukrainie. Gdyby ktoś nie wiedział, Kerry to wiceprezydent USA – kraju, który dokonuje tylko „pokojowych interwencji”, używa „inteligentnych pocisków” i prowadzi „prewencyjne, humanitarne wojny” w imię wolności, praw człowieka i światowej demokracji. Wcześniej był Wietnam, a ostatnio Irak i Afganistan. Warto jednak przypomnieć przypadek Grenady z 1983 r. Wtedy to armia amerykańska w sile ok. 8 tys. żołnierzy dokonała inwazji na tę maleńką karaibską wyspę zamieszkaną w sumie przez 100 tys. osób. Pretekstem była „troska o los 200 studentów amerykańskich” uczących się w kraju rządzonym przez lewicowe siły. Wynikiem interwencji było obalenie legalnych rządów lewicy i ustanowienie władzy przyjaznej Waszyngtonowi. Koszt operacji nie był zbyt wielki – tylko ok. 100 zabitych.
Nie to co podczas brudnych rządów prawicowej dyktatury wojskowej w Argentynie, kiedy zamordowano ok. 30 tys. osób uznanych za zagrożenie dla państwa, ani jak w Indonezji, gdzie w 1965 r. zabito ponad milion domniemanych komunistów. Wtedy i w wielu innych przypadkach (Salwador, Nikaragua, Kolumbia) Amerykanie nie tylko popierali w imię swoich interesów dyktatorskie rządy, lecz także doradzali jak w Indonezji, kto powinien się znaleźć na listach śmierci.
Dlatego informacje medialne o amerykańskim zaangażowaniu w obronę praw człowieka na Ukrainie brzmią mało wiarygodnie. Tamtejszy konflikt z amerykańskiej perspektywy to zaledwie kolejny obszar, gdzie ścierają się interesy globalnych graczy. Za to komicznie i dość żałośnie muszą wyglądać starania polskich elit władzy o wpływ na układ sił w globalnym porządku. To tak, jakby drużyna piłkarska grająca w drugiej lidze chciała decydować o tym, kto zdobędzie tytuł mistrza świata w piłce nożnej.
Pozostaje oczywiście pytanie, w jakiej drużynie Polska ma grać. Nasze media oraz lokalna prawica już rozstrzygnęły tę kwestię i konsekwentnie od 20 lat popierają wszelkie siły reprezentujące na arenie międzynarodowej postawę antyrosyjską. Czy jest to jednak w interesie Polski?
Dziesięć lat temu Christian Saint-Étienne, francuski profesor, autor m.in. książki „Potęga albo śmierć. Europa wobec imperium amerykańskiego”, pisał: „Świat w ocenie Stanów Zjednoczonych jest niebezpieczny i trzeba odnosić się do niego z wykorzystaniem wszelkich instrumentów potęgi (politycznej, gospodarczej, wojskowej). W tym samym czasie Europa uważa, iż świat jest różnorodny i złożony, przez co należy się doń odnosić z cierpliwością i szacunkiem dla wszystkich kultur i wszystkich krajów. Stany Zjednoczone zdają się dawać pierwszeństwo działaniom jednostronnym na zasadzie relacji silnego ze słabym, podczas gdy Europa jest raczej zwolenniczką działań wielostronnych w poczuciu tolerancji i humanizmu”. Niewiele się zmieniło w minionym okresie. Szkoda, że Polska nie chce grać konsekwentnie w drużynie europejskiej i za wszelką cenę stara się odgrywać w Europie – razem z Wielką Brytanią – rolę amerykańskiej ambasady, a raczej amerykańskiego lotniskowca z samolotami i rakietami na pokładzie.
John Ikenberry, znany profesor i ekspert od spraw międzynarodowych, nie pozostawia złudzeń, kiedy stwierdza, że strategia amerykańska jest oparta „na fundamentalnym dążeniu do utrzymania jednobiegunowego świata, w którym Stany Zjednoczone nie mają równego sobie konkurenta” – ten stan „ma być trwały, tak aby żadne państwo nie mogło nigdy podważyć USA jako globalnego przywódcy i egzekutora”.
Wbrew oczekiwaniom wielu obserwatorów Unia Europejska na razie nie potrafi stać się skuteczną przeciwwagą dla USA. Chiny też jeszcze nie osiągnęły tego poziomu. Czy komuś to się podoba, czy nie, jedyną realną przeciwwagą dla Amerykanów w obecnym układzie światowym pozostaje Rosja. A to, że świat wielobiegunowy bardziej sprzyja Polsce i globalnej demokracji niż rządy jednego mocarstwa, nie wymaga szczególnych wyjaśnień.
Polska prawica poza prężeniem w antyrosyjskim amoku papierowych muskułów nic więcej nie ma do zaoferowania i niczego nie zrozumiała z sytuacji na Ukrainie. Jeżeli dla polskich elit jedynym wnioskiem po wydarzeniach ukraińskich jest konieczność zwiększenia wydatków na zbrojenia i wzmocnienia naszej armii, która ma uchronić Polskę przed Rosją, to schodzimy z poziomu poważnej debaty politycznej na poziom diagnozy psychiatrycznej. Geniusz Macierewicz postulował nawet powrót do powszechnego poboru do wojska, a ideolodzy PiS grzmią: czas się obudzić i zbroić! Czas raczej dzwonić po psychiatrę i zafundować poważną terapię prawicowym móżdżkom, które wszędzie widzą czających się wrogów, grzeszników i nadciągającą wojnę światową. Niemalże jak w wizjach fundamentalistów chrześcijańskich.
Konflikt na Ukrainie skutecznie przykrył na kilka tygodni wszelką nieudolność obecnego rządu i tzw. klasy politycznej, ale nierozwiązane problemy krajowe z bezrobociem, służbą zdrowia i nierównościami społecznymi wciąż istnieją w realnym świecie, poza rzeczywistością telewizyjną.

Wydanie: 12/2014

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy