Fit

Fit

Od rana psują nam humor: są protekcjonalni, poniżają nas, pokazują nam nasze słabości. Już o siódmej wybiegają z klatek schodowych lekko i modnie ubrani, jak jakieś miejskie elfy. Podczas gdy my popijamy mocną kawą maślaną bułkę – oni wyciskają ekomarchewki i jabłka, żeby „uzbroić się po zęby w humor i witaminy”, by „mikroelementy stanęły na straży komórek”! Wyobrażam sobie, jak cudownie trawią, ich ciała są czystymi, doskonałymi mediami, które 100% pokarmu zamieniają w energię. Kiedy odpalamy pierwszego papierosa – kończą dwudziesty kilometr. Potem biorą prysznic, peelingiem ścierają stary naskórek i w ten nowy wklepują krem: naturalny wyciąg z kokosa lub olejek glicerynowy. Po lekkim i pożywnym śniadaniu są już gotowi na wszelkie wyzwania.
Ich auta są czyste i schludne, nie są naszymi autami, w których leżą dziecięce zabawki, gumowe kości pogryzione przez psa, plastikowe butelki jeszcze z wakacji – w połowie wypełnione płynem. I wstydliwa pamiątka po chwilach słabości: puszka po red bullu, w której raz czy dwa zdusiliśmy niedopałek. W pracy w porze lunchu wyciągają przygotowane wcześniej sałatki z kaszą jaglaną. Ich szczupła sylwetka to świadectwo przynależności do grupy uprzywilejowanych członków cywilizacji, informacja o statusie społecznym i silnej woli. To przed nimi się chowamy we wnęce fast foodu, ukradkiem wycierając rąbkiem swetra cholesterol. Na spacerze z psem upuszczamy papierosa, kiedy nas mijają z kijami do nordic walkingu. Nie wiem, może to beta-karoten sprawia, że i tak to widzą. Obrzucają nas wtedy spojrzeniem pełnym pogardy i obrzydzenia: „Fuj! To do pani nie pasuje!”. To przez nich już zawsze, zawsze mamy wyrzuty sumienia, kiedy jemy pyszną czekoladę i pyszne ciasteczka, i pyszne, pyszne kotlety schabowe. To oni odbierają nam całą przyjemność z bąbelków, które masują nam przełyk, ze słodyczy napojów gazowanych, cierpką słodycz wina nam kradną. I tęsknimy do czasów, kiedy byliśmy niewinni i nocą, kiedy nas napadła chętka, wsiadaliśmy na rower, żeby objeść się na stacji benzynowej lodami Magnum, żelkami oraz toffi, toffi, którego nie powinniśmy wybaczyć im nigdy.
Są wszędzie, zawłaszczyli już media, nieustannie liczą kalorie; słyszę szelest ołówków i kalkulatorów: jabłko – 50, kromka chleba – 100, tabliczka czekolady – 500 kalorii. Zatruwają nam mózgi. Wszędzie są ich zdjęcia z pietruszką w zębach, z wiklinowym koszem pełnym świeżych warzyw. W telewizji odchudzają Bogu ducha winnych ludzi – jakichś dziennikarzy i aktorów. Zawstydzają ich, manipulują! To faszyści wagi, terroryści fitnessu. Wyznawcy tylko jednej prawdy. Już nic, nic nie będzie tak czyste i piękne jak kiedyś, kiedy nie wiedzieliśmy, ile kalorii ma pączek i że mięso jest kwasotwórcze, podobnie jak – na litość boską – żurawinka, podobnie jak chlebuś! Chlebuś to trucizna najwyższa, strute glutenem kaczki umierają po niedzielnym nalocie dzieci karmiących je bezwiednie tą toksyczną breją. Mordercze rączki zaciekle drobią stare bułki i zabijają śliczne łyski w Łazienkach. I co jest większą, straszliwszą i bardziej zjadliwą białą śmiercią: sól czy cukier? A i tak wszystko to jest wyhodowane na ołowiu autostrady, na kwaśnych deszczach, na antybiotykach, które kanałami wracają do ziemi, by ostatecznie nas zanieczyszczać.
Więc jem rano tę smutną pszenną bułeczkę, czuję narastający dysonans podecyzyjny i myślę sobie, że jestem w środku czarna, zatruta tym wszystkim, bo „jesteś tym, co jesz”. I zaczynam odczuwać bóle, dolegliwości rozmaite. Na pewno toczy mnie jakiś czarny nurt, jakiś robak we mnie zamieszkał ze śmieci zrobiony. Pocę się, czuję migotanie przedsionków, trzęsącymi się rękami wybieram numer do gastrologa. Na szczęście jest wolny termin w gabinecie. Łzy cisną się do oczu: do widzenia, świecie, byłeś w sumie nawet dobry dla mnie. Lekarz przyjmuje nieopodal. Wita mnie serdecznie, udzielam wywiadu, ogląda mój język, a potem na kozetce uciska umiejętnie i fachowo jelita. – No i pięknie – mówi. – No i pięknie – powtarza. – Panie doktorze, czasem boli, jak zjem dużą paczkę migdałków. – Nie wolno jeść dużej paczki migdałków. Tylko garść. Ja też, widzi pani, walczę, jak już spróbuję kawałek czekolady, to muszę zjeść dwie tabliczki. – A kawę wolno pić? – Nie wolno. – A pan pije? – Piję, wszystko. I palę, proszę pani. – Czyli co, panie doktorze? – Nic. Trzeba być człowiekiem, proszę pani. No, niech pani już idzie i je to, na co ma pani ochotę, i pali. Do widzenia!

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy