Koniec Paryża

Koniec Paryża

Paryż jest coraz droższy. Nie w sensie „drogi, kochany mój Paryżu”, ale najprzyziemniej finansowym. O cenach kupna i wynajmu mieszkań bądź podatkach lokalnych nie warto nawet wspominać. Mała czarna w kawiarni koło Sorbony kosztuje trzy razy więcej niż w moim miasteczku 50 km od stolicy. Studentów na nią nie stać. Jedna po drugiej bankrutują więc urocze kawiarenki. Dzielnica Łacińska nie jest już azylem żaków, choć jeszcze zipie jakąś ostatnią resztką szaleństwa. Do Francji, jak zresztą i do Rzeczypospolitej, wtargnęły bowiem bataliony higienistów.
Na szczęście Paryż ma jeszcze legendę. Szalonych lat Montmartre’u z końca XIX w., Montparnasse’u z pierwszych dekad wieku XX. Tę drugą zawdzięcza w wielkiej mierze amerykańskim idiotom, którzy wprowadzili w Stanach Zjednoczonych prohibicję. Najwybitniejsi pisarze czy malarze z drugiej strony oceanu przyjeżdżali nad Sekwanę pracować i spokojnie popić. Mało kto pamięta, że alkohol zwalczali także bolszewicy. Nie tylko dla wolności twórczej przybywali tu więc także artyści ze wschodu. Wspaniały Paryż owych lat, jaki odnajdujemy w niezliczonych wspomnieniach, to świat otwartych do ostatniego klienta zadymionych knajpek przesiąkniętych zapachem wina i absyntu, burdelików, redakcji efemerycznych periodyków przyjmujących autorów o piątej nad ranem, o ile przynieśli co trzeba z sąsiedniego, całonocnego sklepiku, zespołów muzycznych, które nad ranem grały już – jak wspomina Jean Cocteau – dla samych siebie, „ale właśnie wzbijały się na wyżyny sztuki”. I to wtedy stał się Paryż, czego nikt nie negował, artystyczną stolicą świata.
Niestety, żeby wszystko zniszczyć i splugawić, przyszli higieniści. Zaczęło się na pozór niewinnie. Bój przeciw papierosowemu dymkowi. Wojna nie na żarty. Higieniści nie idą na kompromis. Nie ma tak, żeby w jednej kawiarence można było zapalić, w drugiej nie, a obywatel mógłby sobie wybrać. My za was decydujemy. Nigdzie! Nawet tam, gdzie wszyscy chcą. Doprawdy nie znam lepszego przykładu tego, co określa się mianem totalitaryzmu. Potem nadszedł czas na panienki. Prezydent Sarkozy postanowił je wyrzucić z ulic Paryża, gdzie nikomu krzywdy nie robiły. W ten sposób skazał je na wegetowanie w chłodzie i deszczu przy obwodowych bulwarach. Teraz rozpatruje się możliwość karania mandatami klientów za korzystanie z usług prostytutek. Ciekawe, jak to będzie wyglądało w praktyce. Trudno sobie wyobrazić panienkę, która przyzna, że to było za pieniądze. Popełniałaby przecież zawodowe samobójstwo. A miłości bezinteresownej na razie władze jeszcze nie ścigają.
Inni higieniści dobrali się do kominków. W Paryżu jest kilkaset tysięcy mieszkań, gdzie wieczorami rodzina zbiera się i oglądając palące się polana, rozmawia o wydarzeniach dnia. Nie, mówią higieniści – dym z kominów zanieczyszcza atmosferę. I chociaż to minimalny procent wobec setek tysięcy samochodów i kłębów wydzielin przemysłowych, potencjalnie również jest szkodliwe. A więc zakazać, zakazać, zakazać!
Ostatnio związki zawodowe wystąpiły o zamykanie sklepów w Paryżu najpóźniej o godz. 22. Jest w tym swoisty paradoks. Pracownicy tych sklepów chcą pracować nocą, gdyż zarabiają wtedy lepiej, a co więcej, już dawno opracowali harmonogram codziennego życia, toteż nowe prawa nie tylko by ich zubożyły, lecz także wywróciły do góry nogami ustalone reguły. Cóż to jednak higienistów obchodzi. Oni mają swoją najlepszą wizję rzeczywistości, z którą dyskutować się nie da. W ten sposób zarzynają Paryż i jego legendę. Kiedy zaś legendy zabraknie, zostanie tylko drożyzna, co mało zachęcające do przyjazdu i zwiedzania.
Chciałbym zadedykować ten felieton władzom stołecznej Warszawy. Kiedyś nazywano ją Paryżem wschodu. Teraz ma na to miano rzeczywistą szansę. Jeżeli tylko nie będzie popełniać błędów zachodniej bratanki.

Wydanie: 47/2013

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy