Różnorodność kontra konserwa

Różnorodność kontra konserwa

Jarosław Kaczyński nazwał kiedyś Ślązaków „ukrytą opcją niemiecką”, narodowcy najchętniej utopiliby wszystkie mniejszości narodowe (których w Polsce prawie nie ma) w Bałtyku, a cała prawica razem wzięta skażona jest mniej lub bardziej nacjonalistycznymi uprzedzeniami.
A mogłoby być tak pięknie i różnorodnie. Szwajcarom nie przeszkadza mówienie w czterech językach. Kraj Basków i Katalonia to najbogatsze rejony Hiszpanii, a wielojęzyczna Kanada, gdzie obok oficjalnego angielskiego i francuskiego mówi się jeszcze przynajmniej kilkunastoma językami, jest jednym z najbogatszych krajów świata. Różnorodność nie tylko wzmacnia bogactwo kulturowe, ale także tworzy dobry klimat do rozwoju gospodarki.
Kanadyjski Montreal, gdzie na jednej ulicy Świętej Katarzyny (rue Sainte-Catherine) odbywa się więcej imprez kulturalnych niż w całej Warszawie, o innych miastach w Polsce nie wspominając, jest dobrą ilustracją dwujęzycznego tworu z bardzo dynamicznym obszarem biznesowym. Sprzyja to też większej wrażliwości i odpowiedzialności za losy ludzi na całym świecie. Nie przez przypadek właśnie w takich miejscach jak Berlin czy Montreal dochodzi do zdecydowanych wystąpień w obronie praw człowieka i do tworzenia w działaniu solidarności międzynarodowej – w ostatnich dniach były to akcje w obronie Palestyńczyków. W Polsce władza jest zajęta w tym czasie sama sobą, opozycja nie ma pomysłu nie tylko na globalne problemy, ale nawet na samą siebie, a społeczeństwo polskie tradycyjnie śpi.

Integracja europejska znosząca granice państwowe i pomniejszająca znaczenie państw narodowych wcale nie musi osłabiać wspólnot lokalnych i regionalnych. Integracja i regionalizacja to dwie strony tego samego medalu i procesy, które się nie wykluczają, a wręcz mogą się wzmacniać.
W polskich warunkach regionalizacja dla lokalnej prawicy jest podejrzana, podobnie jak wszelka odmienność kulturowa, etniczna czy religijna. Patriotyzm w wydaniu prawicowym jest zawsze nacjonalistyczny i odwołuje się nie do wspólnoty obywatelskiej, lecz do mitologii narodowej. Religijność dla prawicy w Polsce jest dobra, pod warunkiem że realizuje się w Kościele katolickim. Mniejszości religijne są bowiem, jak wiadomo, „niebezpiecznymi sektami” (w swoim czasie krucjatę przeciwko „sektom” prowadziły nie przez przypadek ośrodki dominikańskie, skutecznie zwalczając konkurencję dla Kościoła katolickiego na rynku religijnym). A różnorodność kulturowa z założenia budzi niepokój prawicy, bo w jej mniemaniu rozbija jedność narodową i szerzy duch kosmopolityzmu.

Sinn Féin w Irlandii, Euskal Herria Bildu (zbudowana na bazie dawnej Batasuny – radykalnie lewicowej partii powiązanej wcześniej z ETA) w Kraju Basków, Republikańska Lewica Katalonii, Zjednoczona Lewica i Alternatywa łącząca hasła sprawiedliwości społecznej z walką o niepodległość Katalonii, a także lewicowy Blok Quebecu w Kanadzie pokazują, że dążenia do większej autonomii politycznej, kulturowej i społecznej mogą świetnie iść w parze z postulatami większej równości. Polska lewica też mogłaby przyjaźniej podejść do idei większych uprawnień dla regionów i mniejszej władzy centralnej w Warszawie.
W 2016 r. tytuł Europejskiej Stolicy Kultury ma przysługiwać jednocześnie Wrocławiowi i baskijskiej Donostii (zwanej po hiszpańsku San Sebastian). W czasie rozmów przy winie stwierdziliśmy z baskijskim przyjacielem, którego rodzina od zawsze popierała Batasunę, że dobrze byłoby pokazać przy tej okazji, jak regionalizacja i różnorodność kulturowa wpisują się w tradycje europejskie.
Ale czy w kraju, w którym może się rozwijać antysemityzm bez Żydów, rasizm bez kolorowych na ulicy, a narodowe mity pielęgnuje się na okrągło w mediach wraz z martyrologią historyczną, możliwe jest docenienie wartości odmienności kulturowej?
Dlatego tym bardziej środowiska postępowe nie powinny w Polsce oddzielać postulatów większej równości od walki o otwartość kulturową. Przemiany społeczne muszą iść w parze z przemianami kulturowymi. Bardziej egalitarny system ekonomiczny jest równie ważny jak budowanie otwartej i swobodnej przestrzeni kulturowej. Jedno i drugie wzmacnia demokrację i broni przed groźbą autorytaryzmu. Jedno i drugie wyzwala też wściekłość prawicy oraz sił „porządku i bezpieczeństwa”.
Zarówno bowiem obszar kultury, jak i sfera ekonomii są polem walki o wartości i interesy. A te – jak wiadomo – nigdy nie są neutralne. Chcąc tworzyć alternatywę polityczną dla polskiej konserwy, trzeba uznać zarówno kulturę, jak i ekonomię za miejsce sporów i konfliktów. I nie bać się wejść na wojenną ścieżkę – zamiast tylko dostawać ciosy, przejść do bardziej ofensywnej taktyki.

Wydanie: 31/2014

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy