Szczur, trzy krzyże i SPATiF

TELEDELIRKA

Tym razem na mojej kolumnie będzie szalała prywata. Sprawy rodzinne traktuję tak poważnie jak mój ulubiony serialowy gangster, Soprano. Mściwość wzmaga się, gdy atakowany nie żyje i nie może się odwinąć, żeby dać w mordę. Mój mąż mówi, że może to zrobić, ale gdyby dowalił zbyt mocno, wyląduje pod celą i będzie siedział za niewinność, zaś pisarczyk, co obsmarował jego brata, Jonasza, robiąc z niego szmońdaka, będzie dalej rozdawał cenzurki moralności.
Zatem do rzeczy: Janusz Anderman, literacka gwiazda lat 80., nosi u nas ksywę Undermensch. Wiem, wiem, żarty z nazwisk są w złym tonie, ale co robić, jak mają 100% trafności? Otóż onżeż, pisuje w „Gazecie Świątecznej” prozę pt. „Fotografie”. Nie mam zamiaru znęcać się artystycznie, bo w literaturze jak w życiu, nie to jest ładne, co jest ładne, ino to, co się komu podoba.
Życiorys ma A. po prostu wspaniały. Przyjechał do Warszawy ucharakteryzowany na Stachurę, z chlebakiem przez ramię. Redagował podziemnie, potem siedział trochę i raz podobno szczur przeleciał przez jego celę, co spowodowało u niego ciężką nerwicę. Kobiety go podziwiały, a nawet pomagały biedakowi się utrzymać. Na powierzchni. Gdy wyszedł, musiał opuścić kraj, żeby odpocząć od traumatycznych przeżyć ze szczurem w tle.
Nie uwierzycie moi Czytelnicy, czym się chwali, wrabiając zresztą Zofię Kuratowską, świeć Panie nad jej duszą jasno, bo to była wspaniała kobieta. Pozwólcie więc, że zacytuję: „Docent Kuratowska wiedziała, że mam możliwość wyjazdu do Francji. Nie chciała tracić czasu na badania i zrobiła rzecz, o jaką się pewnie nawet nie podejrzewała. Sfałszowała dokumentację szpitalną, według której bez rezultatu leczyła mnie przez dwa tygodnie na swoim oddziale”.
Potem wystarczyło jeszcze zdobyć drugi podpis wrocławskiego ordynatora, który zorganizował przyjaciel lekarz (nie wymieniam go z nazwiska, bo szkoda mi chłopaka) i adieu Fruziu!, droga do Francji wolna. Gdyby zdarzyło mi się kiedykolwiek skorzystać z tego rodzaju protekcji (wydaje mi się to niemożliwe, bo urodziłam się w Poznaniu, tam szanowano kiedyś prawo, co było nawet przedmiotem żartów, że powstań nie było, bo były zakazane, to nie jest prawda, były, lecz tylko udane), przenigdy nie ujawniłabym nazwisk osób ani żyjących, ani zmarłych, bo to dla lekarza nie jest powód do chwały.
Oczywiście w czasie wojny, gdy zagrożone było życie, lekarze działali w taki sposób i mieli pełne prawo. W innych warunkach lepiej zmilczeć. Sądzę zresztą, że Zofia Kuratowska nie sfałszowała papierów, wystarczyło, że spojrzała na trzęsącego portkami naszego bohatera, by wiedzieć, że musi go wypchnąć z kraju, bo tu nieborak umrze ze strachu.
I taki Anderman został teraz autorytetem moralnym. Recenzenci „Fotografii” podkreślają, także w „Polityce” – czy recenzja w tym piśmie nie zbruka aby reputacji naszego kryształu? – że autor nie oszczędza tych, co się reżimowi sprzedawali. Dziś, już jako autorytet moralny przyznał sobie prawo do oceniania innych. Miażdży Jonasza za to, że pisał w tamtych latach w „Polityce”; był wtedy Jonasz po operacji raka, Anderman przywitał go oschle, podobno teraz żałuje, ale nie napisał o nim ani jednego dobrego słowa. Jonasz tłumaczył się bezradnie, że chce coś po sobie zostawić, ale przecież publikował „w epoce lodowcowej”, gdy odeszła połowa zespołu. Poza tym był „przymulony”, wyszedł ze SPATiF-u, gdzie „błąkali się niedopici aktorzy trzeciego planu. Nie potrafił żyć bez publiczności i bez klaki”.
„I poszedłem do placu Trzech Krzyży, a on został pod murem SPATiF-u”. Oto właściwy kierunek, drogowskazem były Trzy Krzyże, a nie SPATiF. Nawet został nasz autorytet moralny wymieniony przez Episkopat w apelu o wypuszczenie więźniów, których życie jest zagrożone! O tym także nie wstydzi się pisać.
Moja fotografia odtworzona w pamięci pokazuje Andermana mniej krzyżowego, w modnym wówczas Ścieku. Po solidarnościowym koncercie w Sali Kongresowej, na którym Wasza autorka siedziała w loży z samymi tuzami opozycji, zresztą fajnymi facetami, potem wylądowała razem z nimi w Ścieku, gdzie Jacek Kaczmarski pięknie śpiewał, a kobiety całowały go po rękach. Tamże w kącie leżało ciało przewieszone bezwładnie przez krzesło; ślina toczyła się wąską strużką z ust abstynenta A., nie było nikogo, kto by ją miłosiernie otarł.
W krótkim fragmencie, poświęconym Jonaszowi, A. opisuje jego kabotyńskie pomysły towarzyskie, samochwalstwo, ambicje pisania czegoś większego… Tak, my, jako rodzina, wiemy, że Jonasz bywał śmieszny, ale nie był to jedyny wymiar tego poety.
Anderman, nad którego prozą pieją koledzy, który – wspomnicie moje słowa – idzie na przyszłoroczną nominację do NIKE – widzi zamiast naprawdę wybitnego twórcy i człowieka pełnego sprzeczności, po dramatycznych przeżyciach – płaską wycinankę artysty z Krupówek. Nie, chyba taki artysta lepiej oddałby charakter Jonasza niż mój dawny kolega.
Sama jestem teraz po przejściach i – wierzcie mi – nie spotkałam nikogo z najbardziej nawet prawej strony, kto by zachował się w stosunku do mnie „z oschłością”, dlatego że piszę do „Przeglądu”, który uchodzi za lewicowy. Na wieczorze poświęconym poezji Jonasza Kofty rozmawiałam z tymi, o których wspomina Anderman i z Kaczmarskim, i z Kleyffem, wszyscy pamiętają innego Jonasza, tego, który pisał:
„Zgoniona nasza muza, trwożna
Rimbaud – Aniele Stróżu mój –
A nasza prawda tak ostrożna
Za dobrze wiemy, ile można
Wiec nas przedrzeźnia byle gnój
Wiec nas przedrzeźnia byle gnój”.

 

Wydanie: 25/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy