Zawodowi żałobnicy

Zawodowi żałobnicy

Dolewano do tego dzbana i dolewano. Aż się wylało to, co nie powinno. Minęło dwa i pół roku od katastrofy smoleńskiej i zamiast refleksji mamy histerię z ekshumacjami. A zamiast sprawnego wdrożenia procedur, które uniemożliwiłyby powtórną tragedię, rozwiązanie pułku wożącego najważniejsze osoby w państwie i awans o jedną gwiazdkę generała dla dowódcy BOR. To są kpiny. Gdyby w Sejmie była sprawniejsza opozycja, toby się zajęła rozliczaniem tych działań rządu, których ciągle nie podjęto. Byłoby o czym mówić choćby po niedawnym locie prezydenta Komorowskiego do USA samolotem rejsowym. Może komuś się podobają konsultacje prowadzone przez prezydenta RP w poufnych sprawach na oczach rozweselonych rodaków? Mnie stanowczo nie odpowiada takie traktowanie i urzędu, i osoby.
Pamięć ludzi jest krótka, ale nie aż tak, by po 30 miesiącach zapomnieć, jak 10 kwietnia 2010 r. i w kolejnych dniach po katastrofie zachowywał się premier Tusk. Albo to, co w Moskwie wzięła na swoją głowę Ewa Kopacz. Jej ówczesne zachowanie było heroiczne i o niebo wychodziło poza wszelkie możliwe oczekiwania, jakie można mieć pod adresem jakiegokolwiek polityka. Tak ją zapamiętano i tak też widzi jej zachowanie większość rodzin ofiar. Nie wszyscy jednak. Co też byłoby zrozumiałe, gdyby nie to, że im więcej czasu mija od katastrofy, tym brutalniejsze są ataki na Ewę Kopacz. Przykro pisać, ale widzę, że wykrystalizowała się grupa zawodowych żałobników. Część rodzin i polityków na smoleńskich zarzutach wobec władzy buduje swoją obecność w przestrzeni publicznej. Politycy nie byli i nie są pod ochroną, więc za co bardziej bezrozumne wypowiedzi dostają po głowie od konkurentów. I od mediów. Ale rodziny ofiar były do tej pory chronione przed krytyką na mocy niepisanej umowy wynikającej głównie z polskiej tradycji godnego traktowania zmarłych. Milczano, by uszanować naturalną traumę ludzi, którzy przeżyli taką tragedię. Milczano, gdy kłamali lub stawiali absurdalne zarzuty. Mówiono, że trzeba te zachowania jakoś przeżyć i że po jakimś czasie wszystko wróci do normy. Dla zdecydowanej większości rodzin ofiar upływ czasu zdaje się być lekarstwem. Niestety, ton nadają żałobnicy, którzy nigdy i nikomu nie odpuszczą. Będą nad tymi trumnami ciągle krzyczeć. Bo z tego krzyku zrobili sobie misję. Przekroczyli granicę. Stali się częścią polityki. Żałobną częścią kampanii politycznych. Są już tylko pożytecznym instrumentem używanym do ataku na przeciwnika.
A skoro tak, to nie mogą liczyć na brak reakcji i milczenie atakowanych. Zawodowy żałobnik, wybierając politykę, musi się liczyć z tym, że usłyszy to, co mu się na pewno nie spodoba. Przede wszystkim to, że kłamie. Że są granice szaleńczych ataków na niewinnych ludzi. Że zasługi zmarłych nie są dziedziczne. A on sam daleko odbiega od tego, by zasłużyć na szacunek ludzi. Brak reakcji na podłe słowa tak niektórych rozzuchwalił, że do końca zatracili umiar. Wielką rolę w tym zachowaniu odegrali politycy, specjaliści od zamachu, wybuchów i dobijania rannych. Coś musi być nie tak z człowiekiem, gdy jak Kazimierz Michał Ujazdowski, polityk wędrujący z partii do partii, żąda od Ewy Kopacz wyłączenia się z prowadzenia obrad Sejmu, bo „nie może ona być sędzią we własnej sprawie”. Sąd nad Kopacz? I to w sprawie katastrofy smoleńskiej? To rzeczywiście mogło się urodzić tylko w głowie Ujazdowskiego.

Wydanie: 40/2012

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy