Demokracja, deregulacja, demagogia…

Demokracja, deregulacja, demagogia…

W ostatnich tygodniach modne stało się nowe słowo: deregulacja. Co się kryje pod tym tajemniczym wyrazem? Co to za fenomen, do którego, jak zapewniał nas publicznie premier, Jarosław Gowin ma „pozytywną szajbę”? Tak pozytywną i tak wielką, że nie sposób było nie zrobić go ministrem sprawiedliwości? Co z kolei oznacza szajba min. Gowina, dowiemy się, gdy zakończy tę deregulację. Ale co to takiego owa deregulacja? Otóż słowo to w wyszukanym języku Platformy znaczy to samo, co w prymitywnym języku PiS znaczyło „otwieranie zawodów”. Choć na dobrą sprawę może oznaczać też to, co wielki strateg bezpieczeństwa IV RP, wizjoner spiskowych teorii i bezwzględny tropiciel agentów służb rozmaitych, prof. Zybertowicz, nazywał rozedrganiem. Jak się coś rozedrga, to przy okazji się zdereguluje albo odwrotnie. Jak się zdereguluje, to się rozedrga. Nie o słowa tu jednak chodzi, nie o nazwy, ale o ich desygnaty. Jak nam wyjaśnił min. Gowin, w Polsce jest prawie 400 zawodów, do wykonywania których konieczne jest posiadanie uprawnień czy licencji. Na Słowacji, która zdaje się jawić ministrowi jako ideał w tym zakresie, takich zawodów jest z 80, więc min. Gowin, który zawsze dążył do jakiegoś ideału, teraz dąży (niestety wraz z nami, o zdanie nas nie pytając) do ideału słowackiego. Nie bardzo wiem, dlaczego lepiej jest mieć mniej zawodów wymagających licencji niż więcej. Minister wie albo intuicyjnie wyczuwa. Mówi, że mniej to lepiej. Będzie więc robił wszystko, by było lepiej. Na początek wynalazł 49 zawodów, których wykonywanie wymaga licencji bądź poświadczonych uprawnień, a które dla elektoratu Platformy „zdereguluje”, dla elektoratu PiS zaś „otworzy”. Mówi, że w ten sposób przybędzie co najmniej 100 tys. nowych miejsc pracy. Ale w przyrodzie, społeczeństwie i gospodarce nie ma nic za darmo. Zawsze jest coś za coś. Jeśli nawet przybędzie 100 tys. miejsc pracy, to podniesie to koszty, a straty nie ograniczą się tylko do jakości usług, co nieśmiało podnoszą przeciwnicy deregulacji. Dziś, by się zatrudnić jako spawacz, trzeba mieć uprawnienia spawacza, przejść stosowne przeszkolenie, zdać egzamin. Dla min. Gowina to kuriozum. Dla mnie niekoniecznie. Chodzi tu przecież nie tylko o to, czy zatrudniony jako spawacz umie spawać, czy zespawa coś prosto czy krzywo, ale czy potrafi to zrobić bezpiecznie, dla siebie i otoczenia. Pamiętam przypadek sprzed kilku lat, kiedy domorosły spawacz coś spawał, a brat mu pomagał. Zlekceważyli osłony dla oczu, obaj stracili wzrok.
Gdy ktoś oślepnie przy spawaniu, to rzeczywiście zostanie wyeliminowany z rynku. Nie wytrzyma konkurencji z widzącymi (jeszcze) spawaczami. Pełny liberalizm.
Jechałem taksówką. Taksówkarz, człek rozmowny, za otwieraniem zawodów był jak najbardziej. Głównie za otwieraniem zawodu adwokata. „Panie, ja ich znam. Ja 20 lat przepracowałem w policji. Nie ma w Krakowie adwokata, który by nie miał ojca adwokata albo syna adwokata!”. Przekonywał mnie, adwokata, którego ani ojciec nie był adwokatem, ani syn nie jest adwokatem i być nie zamierza. Ale jeśli idzie o licencje dla taksówkarzy, to pan zdecydowanie je popierał. „Panie, ja musiałem wykupić licencję, ja musiałem zdawać egzamin, a teraz byle ch… jak mu się tylko zachce, to se będzie jeździł jako taksówkarz?”. „Poza tym – wywodził dalej – panie, nas już dziś jest za dużo. Która to godzina, a to jest dopiero mój pierwszy kurs! Benzyna drożeje, a taryfa ta sama. Ruchu nie ma. Na nowe auto nie zarobię, ledwie na życie zarobię, a jak przybędzie taksówek, to szkoda mówić! Z głodu człowiek zdechnie, pier… wszystko, pojadę do córki do Kanady”. Widać w Kanadzie lepiej. Nie wiem tylko, czy mają zawodów licencjonowanych więcej niż Słowacja czy mniej.
Zawsze, może poza okresem wspólnoty pierwotnej, do wykonywania pewnych zawodów trzeba było mieć jakieś potwierdzone umiejętności, jakieś, jak dziś byśmy powiedzieli, „uprawnienia zawodowe”.
Nie z czyjejś fantazji, ale z racjonalnej potrzeby w średniowieczu w całej Europie rzemieślnicy organizowali się w cechy, ustanawiali system kształcenia w zawodzie przez ten cech kontrolowany, przechodzenie przez stopnie ucznia, czeladnika aż do wyzwolenia się na mistrza. Tych, którzy rzemiosło uprawiali poza cechem i bez jego certyfikatu, nazywano partaczami i przeganiano z miast. W rzemiośle polskim, które – w przeciwieństwie do wspomnianej Słowacji – przetrzymało czas komuny, cechy przetrwały do dziś. Do dziś przetrwały egzaminy czeladnicze i mistrzowskie. Czy na pewno trzeba to likwidować? W imię doktrynersko pojętej wolności gospodarczej?
We współczesnym świecie jest wiele zawodów, których wykonywanie wymaga zdobycia stosownych uprawnień, i jest wiele zawodów, których wykonywanie wymaga posiadania licencji. Uprawnienia zawodowe, po jakiejś formie sprawdzenia umiejętności i wiedzy, potwierdzają organy państwowe, uczelnie wyższe, nadające tytuły zawodowe z wielu dyscyplin, bądź instytucje samorządu zawodowego, te ostatnie niekiedy wespół z organami państwowymi, czasem organizacje pozarządowe o niekwestionowanym autorytecie. Te ostatnie udzielają najczęściej tylko rekomendacji. Np. w Stanach Zjednoczonych, których o brak liberalizmu w gospodarce podejrzewać chyba nie można, każdy może sobie kupić poligraf (wykrywacz kłamstw) i rozpocząć działalność gospodarczą w tym zakresie. Gdyby jednak nie legitymował się certyfikatem uzyskanym po przeszkoleniu w szkole mającej akredytację American Polygraph Association, zginąłby na rynku, bo nikt nie chciałby korzystać z jego usług.
Licencje wydają z reguły organy rządowe lub samorządowe. Warunkiem otrzymania licencji jest (powinno być!) posiadanie określonych uprawnień zawodowych. Być może tych licencjonowanych zawodów jest w Polsce za dużo. Ale równie prawdopodobne jest, że są jeszcze jakieś profesje, które można wykonywać bez licencji, a powinny być licencjonowane. Warto to przeanalizować. Natomiast zakładanie z góry, że trzeba ograniczyć liczbę zawodów, do wykonywania których są wymagane określone uprawnienia bądź licencje, twierdzenie, że im mniej takich zawodów, tym lepiej i w ten sposób otworzą się nowe miejsca pracy, to czysta demagogia.
Na razie rząd daje dobry przykład. Deregulację zaczął od siebie. Nominacje niektórych ministrów pokazują, że nawet do sprawowania najwyższych funkcji w państwie nie trzeba mieć żadnych potwierdzonych kwalifikacji ani umiejętności.

 

Wydanie: 11/2012

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy